W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej informacji o wykorzystaniu plików cookies znajdą Państwo na stronie z regulaminem. zamknij

Wyścig na prounijność

19 maja 2019

 

Całkiem niedawno obchodziliśmy 15. rocznicę wejścia Polski do Unii Europejskiej. W mediach zapanowała euforia. Niemal wszyscy politycy, i to zarówno Koalicji Europejskiej jak i Prawa i Sprawiedliwości, starali się prześcigać w swojej prounijności. O ile w przypadku polityków PO czy PSL to nie dziwi, gdyż od samego początku pałali bezkrytycznym entuzjazmem do tej organizacji, to w przypadku aktywistów tzw. Zjednoczonej Prawicy, głównie polityków PiS-u, mogło to wywołać konsternację. Zachwycali się oni bowiem rzekomo przeogromnymi korzyściami, jakie kraj nasz uzyskał w ciągu piętnastu lat swojej obecności w Unii Europejskiej. Podobnie jak politycy PO, bezkrytycznie zestawiali sumy wypłat i wpłat do polskiego i unijnego budżetu, zachwycając się nadwyżką. Zapomnieli o niedawnej retoryce, w której sugerowano, że faktyczny bilans zysków i strat jest zerowy, a nawet ujemny, że trzeba brać pod uwagę straty poniesione w wyniku zniesienia ceł, konieczności ograniczenia niektórych gałęzi przemysłu, jak cukrownictwo, konieczności wejścia na kosztowny rynek handlu emisjami i w ogóle otwarcia naszego rynku na produkty europejskie i przyjęcia wielu bardzo niekorzystnych dla nas regulacji, jak chociażby wycofanie tradycyjnych żarówek, o czym mówił przecież prezydent Andrzej Duda. Teraz zmienił narrację wręcz nie do poznania. Ogłosił bowiem 3. maja, że opowiada się za wpisaniem członkostwa Polski w Unii Europejskiej do konstytucji. Jego wielką prounijnością skonfundowany był nawet szef Rady Europejskiej Donald Tusk, który w tym samym dniu powiedział pod adresem Prezydenta: „Usłyszałem dzisiaj w czasie uroczystości słowa, do niedawna eurosceptyka, dzisiaj wielkiego euroentuzjasty, z którym nie mogę konkurować ze swoim euroentuzjazmem”. Oczywiście inni politycy PiS, europosłowie, posłowie etc. mówić zaczęli o wpisaniu członkostwa Polski w Unii Europejskiej do konstytucji podobnie jak Andrzej Duda oraz wygłaszać inne prounijne frazesy. Cóż się więc stało? Mimo nachalnej medialnej propagandy ludzie zaczęli się dziwić.

Znajoma, która udała się do salonu fryzjerskiego, usłyszała od pracujących tam osób pytania: „Co się dzieje? Jeszcze niedawno premier Beata Szydło usunęła unijne flagi z sali przeznaczonej na konferencje prasowe rządu, dając czytelny sygnał, że od tej pory liczy się tylko Polska, zostawiono flagi biało-czerwone, a Unia to, żeby znów użyć słów prezydenta Dudy, „wyimaginowana wspólnota”.  Wielu ludzi bardzo się dziwi. Czyżby to wszystko było więc, jak pisał Gałczyński „snem wariata śnionym nieprzytomnie”, czy może też realizacją cynicznie nakreślonego wcześniej scenariusza? Niewiele osób wie, że po usunięciu unijnych flag przez premier Szydło przyszedł do mnie w Strasburgu znany niemiecki europoseł CDU, przyjaciel kanclerz Angeli Merkel, ubolewając nad antynunijnym kursem polskiego rządu. Sugerował, że jeśli polska premier przywróci unijne flagi, kanclerz Merkel mogłaby publicznie stwierdzić, że z polską praworządnością właściwie jest ok. Uważał, że otwarty konflikt z Niemcami i Unią Europejską nie służy interesom naszych państw.

Dał do zrozumienia, że pani kanclerz Merkel chętnie spotkałaby się na gruncie nieformalnym z polską premier i pytał, czy mógłbym to ułatwić. Informacja taka została przekazana do szefowej kancelarii pani Premier i jednocześnie poproszono mnie o podanie nazwiska wspomnianego niemieckiego europosła. Kilka dni później polskie media podały jak to aktywiści formacji rządzącej zatkali tysiącami maili skrzynkę wspomnianego niemieckiego europosła, w których dość topornie informowano o konieczności twardego kursu polskiego rządu. Ot, finezja polskiej dyplomacji. Można było więc uniknąć awantur w Parlamencie Europejskim, Komisji Europejskiej, Trybunale Sprawiedliwości Unii Europejskiej, o Komisji Weneckiej nie wspominając. Czy jednak wszystkie te konflikty nie były politycznie na rękę Zjednoczonej Prawicy, która mogła odgrywać rolę jedynego obrońcy polskich interesów w Unii, przejmując prawicowy elektorat, aby później go skanalizować, wykonując zwrot przez rufę? Unijną rufę. Wymieniono kapitana statku na Mateusza Morawieckiego, który toczy spór z byłym premierem Leszkiem Millerem o to, który z nich negocjował warunki wejścia Polski do Unii Europejskiej. Gdy zmiana na polskim mostku kapitańskim następowała, słyszałem od członków Komitetu Politycznego Prawa i Sprawiedliwości, że dokonuje się ona przede wszystkich po to, aby całkowicie zażegnać spór z Unią Europejską. Nowy premier miał to gwarantować. I co? I oczywiście nic z tego nie wyszło. Polski rząd musiał się ugiąć, a nawet, jak twierdzą niektórzy, upaść na kolana i z tej pozycji dalej prowadzi wyścig na prounijność.

Mirosław Piotrowski