W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej informacji o wykorzystaniu plików cookies znajdą Państwo na stronie z regulaminem. zamknij

Wolne media

15 grudnia 2013

O wolności i pluralizmie mediów zarówno europejskich, jak i tych w Polsce.

"Wolność i pluralizm mediów są kluczowe dla europejskiej demokracji" - to sentencja z raportu, jaki otrzymała na początku tego roku Neelie Kroes, unijna komisarz ds. agendy cyfrowej. Komisja Europejska nie ukrywa, że w kształtowaniu procesu medialnego chce odegrać "ważną rolę" i stać się "kompasem moralnym". Latem tego roku wskazówka unijnego kompasu zachwiała się, gdy wiele europejskich mediów, a nawet amerykańskich poinformowało, że Komisja planuje stworzenie własnego serwisu informacyjnego zajmującego się tematyką unijną. Uznano, jak sądzę, że działalność unijnych instytucji nie jest dostatecznie obiektywnie opisywana przez tzw. wolne media. Według sondaży aż 57% obywateli Unii Europejskiej nie ufa unijnym instytucjom. Nowy serwis unijny miał oferować, jak podkreślono, "jakościowe dziennikarstwo" nakierowane na "produkowanie własnych materiałów". Stwierdzono wręcz, że celem jest "filtrowanie, selekcja oraz wyjaśnianie informacji obywatelom Unii". Ogłoszono przetarg. Budżet projektu miał wynieść ponad trzy miliony euro. Kilka dni temu przedstawicielka Komisji Europejskiej, zapytana w związku z dzisiejszą audycją, poinformowała, że przetarg został odwołany rzekomo z powodu ograniczeń budżetowych. Nadmieniła też, że w publikacjach odnoszących się do medialnych planów Komisji źle zinterpretowano ogłoszenie o przetargu. Niektórzy domniemywali, że Komisja po prostu zamierza stworzyć własną tubę propagandową, za którą będzie płacić z naszych podatków wiele milionów euro. Kto płaci, ten wymaga. Dotyczy to także mediów, które podlegają warunkom rynku, a dodatkowo ogromnej pokusie manipulacji. Chęć urabiania widza, słuchacza, czytelnika charakteryzuje niemal każde środowisko medialne, które wykonuje zlecenia swojego właściciela, czyli koncernu. Obecnie w Polsce, według oficjalnych danych, 80% rynku mediów należy do kilku dużych koncernów. Rynek prasowy w Polsce zdominowały trzy zagraniczne koncerny. Wśród wydawców pierwsze skrzypce grają koncerny niemieckie. Oficjalnie podaje się, że 90% prasy regionalnej w Polsce należy do Niemców. Podobną tendencję obserwujemy w mediach elektronicznych, czyli kanałach telewizyjnych, radiowych i internetowych. W Polsce niewiele jest dyskusji o dominacji niemieckich koncernów na polskim rynku medialnym. Nasi zachodni sąsiedzi natomiast zazdrośnie strzegą swoich mediów. Kapitał obcy w Niemczech w tej branży jest niemal niezauważalny, a gdy jeden z brytyjskich koncernów przejął gazetę berlińską (Berliner Zeitung), rozpętała się wręcz burza. Niemcy również mają monopolistów, ale swoich. Dominują tam dwa koncerny medialne - Axel Springer i Bertelsmann. Wiceszefem Bertelsmanna był europoseł i przewodniczący Komisji Spraw Zagranicznych Elmar Brok. Zarzucano mu, że wykorzystując swoje wpływy doprowadził do usunięcia korespondenta Frankfurter Allgemeine Zeitung z Brukseli, który pisał o nim niepochlebne artykuły. W wielu wypadkach ręczne sterowanie mediami z centrali jest widoczne. Przed kilkoma laty zwrócił się do mnie jeden z ogólnopolskich dzienników z propozycją pisania dla nich tekstów o agenturze w środowiskach katolickich, m.in. na KULu. Po przeczytaniu mojej książki "Syndrom PRLu" redakcji zależało na rozszyfrowaniu podanych pseudonimów osób duchownych i świeckich. Mimo usilnych nalegań i lukratywnych propozycji oraz możliwości pisania tych tekstów pod pseudonimem, zdecydowanie odmówiłem. Dziennikarz wyznał bowiem, że bardzo zależy im na podtrzymaniu krytyki Kościoła, bo tego domaga się niemiecki koncern - właściciel gazety. Kto płaci, ten wymaga. Zmarły historyk prof. Tomasz Strzembosz opowiadał mi jak w trakcie przedłużającej się dyskusji o Jedwabnem przyszła do niego dziennikarka z prośbą o wypowiedź. Profesor odparł, że udzielił już kilkudziesięciu wywiadów na ten temat i nie ma więcej nic do powiedzenia. Dziennikarka namawiała go usilnie, mówiąc, że gazeta ma zlecenie publikowania codziennie jakiegoś artykułu w tej sprawie, a jej kończy się kontrakt. Na politykę przekazu i urabiania umysłów odbiorców mogą skutecznie wpływać także osoby spoza zarządów medialnych koncernów, kupując sobie życzliwość. Według raportu przedstawionego przez parlamentarny zespół ds. obrony wolności słowa, w latach 2008-2012 rząd Donalda Tuska wydał prawie 125 milionów złotych na ogłoszenia i komunikaty w środkach masowego przekazu. Co ciekawe, ponad połowę kwoty przeznaczonej na ogłoszenia w ogólnopolskich dziennikach otrzymała jedna gazeta. W tym kontekście nie może dziwić fakt, że czołowy publicysta tejże gazety obiektywnie oczywiście obwieszcza na jej łamach, że "Platforma Obywatelska to polskie dobro narodowe". Wszystkie te medialne układanki podlegają kontroli. W Polsce czyni to Najwyższa Izba Kontroli i Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, a także Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji, która wsławiła się zablokowaniem koncesji na nadawanie cyfrowe dla niezależnej od zagranicznych koncernów Telewizji Trwam. W Unii Europejskiej kontrolę taką sprawuje Komisja Europejska. Zauważa ona, że "nie może być prawdziwej demokracji na poziomie unijnym, jeśli wolność i pluralizm mediów nie będą zagwarantowane w europejskiej przestrzeni politycznej".

M. Piotrowski