W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej informacji o wykorzystaniu plików cookies znajdą Państwo na stronie z regulaminem. zamknij

Widmo strachu

5 czerwca 2016

Elity brukselskie są przestraszone. Naprawdę się boją. Niemal wszystkich euroentuzjastów paraliżuje strach przed Brexitem, czyli referendum w Wielkiej Brytanii. Za niespełna trzy tygodnie obywatele Wielkiej Brytanii zdecydują czy pozostać, czy też wyjść z Unii Europejskiej. Wynik jest niewiadomą, a euroentuzjaści dwoją się i troją, aby zatrzymać ten kraj w strukturach Unii. Zdając sobie sprawę z ugruntowywanych od wielu lat nastrojów eurosceptycznych brytyjskiego społeczeństwa, bazujących na krytyce unijnego centralizmu, rozpasanej biurokracji, wszelkiego rodzaju przeregulowań oraz ingerencji w wewnętrzne sprawy państw członkowskich, unijni decydenci przyjęli specjalną strategię. Można ją sprowadzić do dwóch punktów: po pierwsze, przed brytyjskim referendum wyciszamy wszystkie spory, kontrowersje, na których mogliby się oprzeć eurosceptycy, a po drugie, wysyłamy przekaz „wszyscy jesteśmy eurosceptykami”. Oczywiście strategia ta bazuje na fałszu, ale ważny jest cel, bo podobnie tak jak dla Włodzimierza Iljicza Lenina moralne było wszystko to, co przybliżało zwycięstwo socjalizmu. Dlatego możemy obserwować dziwną metamorfozę unijnych polityków.

Ostatnio przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk na wyjazdowym posiedzeniu Europejskiej Partii Ludowej w Luksemburgu, zdecydowanie opowiedział się „przeciwko utopijnym wizjom integracji Unii Europejskiej” i nawoływał do „kierowania się zdrowym rozsądkiem”. Stwierdził tam „widmo rozpadu krąży po Europie i wizja federacji nie wydaje mi się na to najlepszą odpowiedzią”. Wielu przeciera oczy i uszy ze zdziwienia - Tusk przeciwko federacji europejskiej? Do niedawna przecież był zwolennikiem jak najgłębszej integracji, a teraz krytykuje „obsesję idei szybkiej i całkowitej integracji”. Jeszcze w lipcu zeszłego roku przekonywał, że wszyscy Europejczycy są już zmęczeni „tradycyjnymi formami demokracji i tradycyjnymi partiami politycznymi”. Półtora roku temu, gdy obejmował stanowisko, mówiąc o integracji europejskiej, słowo „sukces” nie schodziło mu z ust. „W tych trudnych czasach - mówił - Europa potrzebuje sukcesu”. Pół roku później w Gdańsku podczas debaty o przyszłości Europy nawoływał „żebyśmy traktowali Unię Europejską jako ciągłe zadanie do wykonania”. Tym największym zadaniem była kwestia migracji. Tusk mówił: „Europa w ciągu najbliższych dwudziestu lat ma przyjąć 70 milionów imigrantów, ale brakuje nam wizji i strategii jak poradzić sobie z tym problemem”. Prawdopodobnie wbrew własnej woli publicznie wyznał, że zarówno jemu, jak i szefowi Komisji Europejskiej Junckerowi, jak i kanclerz Angeli Merkel brakuje wizji. Za to wszyscy radośnie zachwycali się i byli pod wrażeniem różnorodności kulturowej, jak ujął to Tusk „kapitalną mieszanką, czegoś, czego nadal nie ma we wschodniej Europie”. No to ubogacili Europę niekontrolowanym napływem migrantów, co skutkuje wzrostem nastrojów antyunijnych, a ich doprowadza, jak wspomniałem, do bladego strachu.

Pod jego wpływem odwołano szczyt Rady Europejskiej zaplanowany wcześniej na 23-ego i 24-ego czerwca, czyli w czasie brytyjskiego referendum. Przesunięto go o tydzień później, aby nie drażnić społeczeństwa brytyjskiego. Według doniesień zagranicznej prasy, Brytyjczycy, a także David Cameron mieli prosić kanclerz Merkel, aby w Niemczech powstrzymywano się od debaty na temat brytyjskiego referendum.  Rzeczywistość pokazuje, że Berlin zrozumiał ten przekaz. W tym kontekście spoglądać należy na wyciszanie rozdmuchanej nadmiernie na forum UE tzw. sprawy polskiej. Wykorzystywana jest ona bowiem w przedreferendalnej kampanii przez zwolenników wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii. Lider tego nurtu europoseł Nigel Farage, szef partii UKIP stwierdził, że „Unia Europejska bezczelnie wmieszała się w wewnętrzne sprawy Polski. Ustanowiono niebezpieczny precedens” i stwierdził, że „ten fakt niepokoi także wielu Brytyjczyków”. Farage podtrzymuje, że „Komisja Europejska nie może ingerować w politykę na szczeblu krajowym, bo takie kroki stoją w sprzeczności z działaniami demokratycznie wybranych rządów”. Ten brytyjski polityk mówi obywatelom swojego kraju „Prawo i Sprawiedliwość w uczciwy sposób zwyciężyło w wyborach w Polsce w oparciu o program, który próbuje wdrażać polski rząd. Ani Komisja, ani Parlament Europejski nie mają prawa, by się temu przeciwstawiać”. Wszystko to jednak zmierza, zdaniem Farage’a, do głównej konkluzji, że na tej bazie w przyszłości Komisja Europejska będzie mogła uznać  partie eurosceptyczne za sprzeczne z „europejskimi wartościami”. Argumentacją tą skłania innych polityków do wyhamowywania bądź zmiany swojego stanowiska.

Szef Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker miał przyznać, że Unia za bardzo ingeruje w sprawy wewnętrzne, a Polska jest tego najlepszym przykładem. Widocznie słowa te nie docierają do zastępcy Junckera Fransa Timmermansa, który podgrzewa atmosferę, przesyłając rządowi polskiemu rzekomo poufną opinię, której treść już wcześniej jest komentowana przez dziennikarzy. Wprawdzie Timmermans podczas konferencji prasowej próbował łagodzić sytuację mówiąc, że dialog z polskim rządem prowadzony jest w duchu porozumienia, wymiana informacji z Polską była konstruktywna, a wydana opinia ma tylko „usystematyzować debatę”, to nie wiadomo, czy argument nacisku na Polskę nie wpłynie na wynik referendum w sprawie wyjścia lub pozostania Wielkiej Brytanii w Unii Europejskiej.
O tym może przesądzić niespodziewany przypadek np. z udziałem migrantów, bądź niefortunne posunięcie albo wypowiedź jakiegoś unijnego polityka. Stąd taki strach.  

prof. Mirosław Piotrowski, europoseł