W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej informacji o wykorzystaniu plików cookies znajdą Państwo na stronie z regulaminem. zamknij

Unia po grecku

12 stycznia 2014

Początek prezydencji greckiej w Radzie Unii Europejskiej.

"Niestety, jesteśmy w stanie upadłości". Słowa te dotyczyły Grecji, a wypowiedział je premier tego kraju pod koniec XIX wieku, czyli ponad sto lat temu. Wówczas Grecja popadła w ogromne tarapaty finansowe i zawiesiła obsługę wszystkich kredytów zagranicznych. Na początku tego roku rozpoczęła się prezydencja grecka w Unii Europejskiej, co znaczy, że przez kolejne sześć miesięcy kraj ten będzie przewodniczył Radzie Unii Europejskiej. To tam zapadają najważniejsze, konkretne, szczegółowe decyzje, głównie finansowe.  Pikanterii sytuacji dodaje fakt, że Grecja, podobnie jak w przeszłości, stoi na krawędzi finansowego bankructwa. W 2010 roku władze tego kraju ujawniły stan finansów publicznych i okazało się, że deficyt budżetowy przekraczał wszystkie dopuszczalne normy. Obecnie Grecja ma dług w wysokości około 320 miliardów euro, który stale rośnie, a pomoc dla Grecji wyniosła już ponad 240 miliardów euro. Wobec niemożności wypłacenia się z zagranicy padały propozycje, aby Grecja sprzedała nawet którąś z wysp. Choć ten jedenastomilionowy kraj posiada około 1400 wysp, propozycja ta spotkała się z oburzeniem w Helladzie. Prezydencja grecka jest ostatnim ogniwem w łańcuszku tzw. trio, czyli kolejnych prezydencji, które tworzą Irlandia, Litwa i obecnie Grecja. Choć wcześniej w ramach grupowego porozumienia uznano rozszerzenie Unii Europejskiej za "priorytet o strategicznym znaczeniu", to Ateny nie uwzględniły rozszerzenia Unii na swojej liście priorytetów. Grecki MSZ podał, że kluczowymi priorytetami obecnej prezydencji będzie wzrost, praca, spójność, pogłębianie integracji UE oraz strefy euro, migracje, ochrona granic, a także mobilność i polityka morska. Grecy wolą uzgadniać swoją politykę z Włochami, które za pół roku przejmą od nich prezydencję. Ministrowie tych krajów stwierdzili, że następny rok będzie "rokiem basenu Morza Śródziemnego". Grecy nie ukrywają, że w dobie katastrofalnej sytuacji finansowej chcą wykorzystać swoją prezydencję na tzw. "promocję politycznego południa". W porozumieniu z Francją zechcą, jak to nazywają, pomóc w zdefiniowaniu "nowej europejskiej narracji". W przełożeniu na język zrozumiały nie tylko dla dyplomatów Grecy, wykorzystując swoją pozycję w Radzie Unii Europejskiej przy zawieraniu umów międzynarodowych, będą chcieli przekierować środki finansowe w rejon Morza Śródziemnego, aby ratować swój własny budżet. Tylko w 2014 roku budżet grecki będzie musiał wygospodarować 1,5 miliarda euro na załatanie powstałej dziury finansowej zanim otrzyma następną transzę funduszy pomocowych z Unii. Zapowiedzi premiera Antonisa Samarasa, że pomimo ogromnego zadłużenia państwa Grecja osiągnie nadwyżkę budżetową, niemiecki dziennik Frankfurter Allgemeine Zeitung nazwał "efektem matematycznej sztuczki". Grecy szukają funduszy tam, gdzie jest to tylko możliwe. Niektóre greckie portale internetowe podają, że podobno eksperci tamtejszego MSZ oszacowali długi Niemiec wobec Grecji z czasów II wojny światowej. Z rachunków wynika, że Berlin winien jest Atenom 162 miliardy euro. 108 za zniszczenia wojenne, a 54 miliardy to niespłacone wówczas pożyczki bankom greckim. W tak dramatycznej sytuacji trudno przypuszczać, że prezydencja grecka będzie troszczyć się o interes całej Unii Europejskiej. Rząd grecki musi bowiem najpierw ułożyć się z wierzycielami - Komisją Europejską, Europejskim Bankiem Centralnym i Międzynarodowym Funduszem Walutowym - czyli tzw. trojką, a ta stwierdziła, że Grecy nie wywiązują się ze swoich zobowiązań. Na 135 zobowiązań nie wypełnili nawet połowy. Wielu ministrów finansów Unii Europejskiej oraz ekonomistów od dawna uważa, że Grecja będzie musiała opuścić strefę euro i najprawdopodobniej zbankrutuje.

Przed kilkoma laty, gdy ujawniony został grecki kryzys miałem okazję rozmawiać z młodym greckim eurodeputowanym z grupy socjalistycznej. Kryzysem zdawał się on nie przejmować. Mówił mi, że państwa Unii Europejskiej i tak będą musiały pomóc Grecji, bo inaczej upadnie euro. Skuteczna erozja europejskiej waluty oznaczałaby koniec Unii Europejskiej. Na moją uwagę, że greccy politycy jednak fałszowali dane, oszukując przedstawicieli innych krajów Unii przez co wszyscy musimy teraz na nich płacić, a szczególnie Niemcy, kolega europoseł beztrosko odparł "Niemcy w czasie II wojny światowej zrabowali nam tyle zabytków, więc niech teraz płacą". Przed nami sześć miesięcy greckiego przywództwa. Niebawem przekonamy się jak będzie nam smakowała Unia po grecku.

M. Piotrowski



Kategorie: Polityka,