W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej informacji o wykorzystaniu plików cookies znajdą Państwo na stronie z regulaminem. zamknij

Strasburg, a sprawa polska

17 kwietnia 2016

W minionym tygodniu tu w Parlamencie Europejskim w Strasburgu dominowała sprawa polska. Najbardziej nagłośniono przyjętą z inspiracji europosłów Platformy Obywatelskiej rezolucję w sprawie sytuacji w Polsce. Jej treść od dawna budziła wiele kontrowersji. Spotkałem europosłów, którzy głośno mówili, że już sam tytuł rezolucji jest dla państwa polskiego krzywdzący. Przypominali, że Parlament dotychczas pochylał się nad sytuacją w Bangladeszu, Burundi, czy republikach  bananowych, a rzadko w krajach Unii Europejskiej. Tak więc bez względu na zawartą treść rezolucji już sam tytuł budził złe skojarzenia. W przegłosowanym dokumencie znalazły się sprawy zarówno Trybunału Konstytucyjnego, jak i krytyka rządu zjednoczonej prawicy w Polsce i prezydenta. W punkcie K preambuły czytamy, że "działania polskiego rządu i prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej wobec Trybunału Konstytucyjnego stanowią zagrożenie dla demokracji konstytucyjnej". W innym miejscu parlament nasz domaga się "zapewnienia pełnego poszanowania wspólnych wartości europejskich, zapisanych w art. 2 TUE". Przyjęta rezolucja nie niesie za sobą żadnych skutków prawnych, o czym doskonale wiedzą europejscy politycy. Nie o to tu przecież chodziło. Liczono przede wszystkim na efekt propagandowy i zniechęcenie społeczeństwa polskiego do obecnie sprawującego władzę w Polsce prawicowego obozu. Opozycja przeniosła spór wewnątrzkrajowy do Strasburga i Brukseli licząc, że tutaj zdobędzie punkty i odbije się w sondażach. Moim zdaniem te nadzieje najprawdopodobniej okażą się płonne. Przeważają bowiem komentarze, że niedobrze jest wynosić wewnętrzne problemy kraju na forum międzynarodowe i to jeszcze w tak skomplikowanej sytuacji Unii Europejskiej. Myślę tu o ogromnym problemie uchodźczym i Brexicie, czyli możliwym wyjściu Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Europosłowie brytyjscy podkreślali, że niedobrze jest, aby Unia Europejska wtrącała się w wewnętrzne sprawy Polski, podważając wiarygodność polskiego rządu wybranego w demokratycznych wyborach. Tak na marginesie dodać trzeba, że Brytyjczycy obawiają się, że tego typu ingerencja w wewnętrzne sprawy kraju członkowskiego Unii może zaważyć na wyniku referendum w Wielkiej Brytanii w czerwcu tego roku.

Rezolucja, moim zdaniem, nie ma większego praktycznego znaczenia. Sądzę, że wielu ministrów w obecnym rządzie, którzy byli europosłami, wie, co w takim wypadku należy czynić. Niestety wynoszenie spraw polskich na forum międzynarodowe ma skutek poważniejszy, o czym się głośno nie mówi.
Otóż rezolucja stała się elementem przetargowym w grze europejskich polityków, z którymi nie zawsze jest nam po drodze. Już dwa miesiące temu sygnalizowałem w jednym z felietonów, że w Brukseli i Strasburgu do sporu politycznego w Polsce podchodzi się w sposób merkantylny. A tak, mówiąc między nami, z ust wielu poważnych polityków w Parlamencie Europejskim słyszałem, że przewodniczący naszej Izby Martin Schulz, socjalista, wyszedł z nieoficjalną propozycją zablokowania rezolucji o sytuacji w Polsce, ale w zamian oczekiwał, że polska premier Beata Szydło wyśle czytelny sygnał, że nie będzie popierać starań Donalda Tuska o ponowny wybór na stanowisko przewodniczącego Rady Europejskiej.
Nie jest tajemnicą, że sam Schulz ma na to stanowisko chrapkę.  Za niespełna rok, czyli w grudniu kończy się jego kadencja jako szefa europarlamentu i jest powszechnie wiadomo, że nie ma zamiaru zadowolić się on funkcją zwykłego europosła. Poinformowano mnie też, że "handlowa" propozycja Schulza dotarła do polskiej premier. Z rezultatu głosowania nad rezolucją wynika, że szefowa polskiego rządu nie skorzystała z tej propozycji. A chodzi tu przecież o stanowiska. Przy ich obsadzaniu na gruncie europejskim politycy PO nie mają żadnych skrupułów. Okazało się podczas głosowania na posiedzeniu plenarnym, a wcześniej także głosowania w Komisji Kontroli Budżetowej nad kandydaturą europosła Janusza Wojciechowskiego do Europejskiego Trybunału Obrachunkowego. W komisji, m.in. "dzięki" krytyce europosłów PO został on odrzucony. W tym samym dniu, w którym parlament głosował nad rezolucją o sytuacji w Polsce, głosowaliśmy także nad kandydaturą Janusza Wojciechowskiego, który ponownie nie otrzymał rekomendacji. Wprawdzie, podobnie jak w przypadku rezolucji, wynik głosowania nie obliguje polskiego rządu do konkretnej reakcji, a w tym wypadku do wycofania kandydatury Wojciechowskiego, to politycy PO szczycą się po cichu, że bez ich wsparcia i koneksji w Unii Europejskiej niewiele można załatwić. Taka atawistyczna radość jest jednak przedwczesna. Wielu w PE ma świadomość, że decyzja komisji, a potem całej Izby, w sprawie obsadzenia stanowiska w Europejskim Trybunale Obrachunkowym mogła być zgoła inna bez względu na stanowisko i awantury cieszącej się dziś opozycji. Porozumienie konserwatystów z socjalistami dawało arytmetyczną większość w głosowaniu polskiemu kandydatowi. Nagłe i dziwne złamanie wcześniejszego porozumienia z socjalistami dla wielu europosłów z frakcji konserwatywnej było niezrozumiałe. Naiwność, czy celowe działania - padały pytania. Nie chcąc wnikać w szczegóły, jedno trzeba powiedzieć. Brak jedności i przedkładanie osobistych ambicji, partykularnych interesów nie służy sprawie polskiej. Nie tylko w Brukseli, ale i tu w Strasburgu.  

prof. Mirosław Piotrowski, europoseł