W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej informacji o wykorzystaniu plików cookies znajdą Państwo na stronie z regulaminem. zamknij

Przesilenie w PE

26 października 2014

Miniony tydzień obrad Parlamentu Europejskiego w Strasburgu rozpoczął się od wiadomości przekazanej przez przewodniczącego Martina Schulza, że rozpadła się najbardziej eurosceptyczna frakcja "Europa Wolności i Demokracji Bezpośredniej" (EFDD), kierowana przez brytyjskiego europosła Nigela Farage'a. Zgodnie z regulaminem Parlamentu Europejskiego, grupa polityczna musi liczyć co najmniej 25 członków z minimum 7 krajów członkowskich. Wprawdzie grupa EFDD liczyła 48 posłów, ale w ubiegłym tygodniu jej szeregi opuściła jedna łotewska eurodeputowana, co spowodowało niespełnienie drugiego kryterium, gdyż pozostałych 47 posłów wywodziło się z tylko 6 krajów członkowskich.

W odpowiedzi na oficjalny komunikat Martina Schulza, brytyjscy europosłowie publicznie zarzucili przewodniczącemu Parlamentu, że celowo miał przekupić łotewską eurodeputowaną stanowiskiem przewodniczącej jednej z delegacji, w zamian za rozbicie eurosceptycznej grupy. EFDD, w której pierwsze skrzypce gra Partia Niepodległości Wielkiej Brytanii (UKIP). Formacja ta wygrała w swoim kraju majowe wybory do Parlamentu Europejskiego i następnie niesiona na fali zwycięstwa po raz pierwszy wprowadziła swojego przedstawiciela do Izby Gmin. Formacja ta konkuruje i zagraża Partii Konserwatywnej Davida Camerona, zarówno w Wielkiej Brytanii, jak i w Parlamencie Europejskim. Od dawna dąży ona do wyprowadzenia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Pod jej naciskiem Cameron publicznie zobowiązał się do zorganizowania referendum w sprawie wyjścia tego kraju z Unii w 2017 roku, pod warunkiem zwycięstwa konserwatystów w wyborach parlamentarnych. Partia Nigela Farage'a apeluje jednak o przyspieszenie referendum. Lider ten, występując w Parlamencie Europejskim w imieniu grupy politycznej, nie tylko gra na nerwach konserwatystom Camerona, ale także drażni nowego szefa Komisji Europejskiej Jean-Claude'a Junckera.

Debata nad składem i programem Komisji Junckera odbywała się w środę. W poniedziałek wieczorem ogłoszono rozwiązanie grupy EFDD, chcąc uniemożliwić wystąpienie Farage'a podczas sesji plenarnej i pozbawić jego grupę paru milionów euro z budżetu Parlamentu na działalność polityczną. W rezultacie posłowie EFDD wylądowali na tzw. oślej ławce, czyli na miejscach posłów niezrzeszonych. Dzień później, czyli we wtorek, Brytyjczycy przyciągnęli do siebie jednego polskiego posła z Kongresu Nowej Prawicy i tego samego dnia ogłoszono, że niedobór uzupełniono i eurosceptyczna grupa EFDD ponownie się zawiązała. W środę wszyscy siedzieli już w swoich fotelach, a przewodniczący EFDD w imieniu grupy beształ Komisję Europejską, twierdząc, że sposób tworzenia przez nią prawa jest wrogi demokracji i wyraził nadzieję, że będzie to ostatnia Komisja Europejska, która zarządzą Europą, bo za pięć lat Wielkiej Brytanii w Unii Europejskiej już nie będzie. W głosowaniu jego grupa opowiedziała się za odrzuceniem całego składu Komisji.

Przewodniczący konserwatystów Syed Kamall również w ostrych słowach krytykował Komisję Europejską, szczególnie jej nieprzejrzystość i konflikt interesów niektórych komisarzy. O jednym powiedział: "To tak, jakby alkoholikowi dać stanowisko kierownika winiarni". Posłowie brytyjscy z tej grupy się podzielili - najwięcej z nich wstrzymało się od głosu i tym bohaterskim śladem podążyli wszyscy posłowie polscy z PiS. O ile rozgrywki Brytyjczyków można zrozumieć i uzasadnić, gdyż w składzie Komisji znalazł się kandydat desygnowany przez ich premiera, to trudniej o logiczne wyjaśnienie stanowiska polskiej delegacji.

Pomimo szumnych zapowiedzi nowego szefa Komisji o konieczności "wspólnego wznoszenia gmachu Unii" i "pchnięcia Europy do przodu" oraz propozycji "abyśmy byli architektami metody wspólnotowej", gmach z napisem "UE" mocno trzeszczy. Sam Juncker przyznał, że nowa Komisja Europejska jest Komisją ostatniej szansy dla Unii. Rozgrywki brytyjskich partii w Parlamencie Europejskim świadczą o tym, że Wielka Brytania jest o krok od wyjścia z Unii Europejskiej. Co więcej nie jest jedyną cegłą, która może wysunąć się z podstaw tej budowli, doprowadzając do upadku całej koncepcji.

Drugim krajem jest Francja, gdzie przekroczono wyznaczony unijny trzyprocentowy deficyt budżetowy o blisko półtora procent. Niemcy i inne kraje członkowskie na razie godzą się na to bez dotkliwych sankcji dla Francji, ze względu na obawę całkowitego rozpadu Unii. Zgodę na nałożenie sankcji musi jednak wyrazić Rada Europejska. Premier Francji Manuel Valls zdecydowanie odrzucił możliwość korygowania francuskiego budżetu. Prawdopodobnie inne kraje członkowskie również zgodzą się na łamanie przez Francję unijnego prawa ze względów politycznych, gdyż, jak wyraził się premier Włoch Matteo Renzi "wolę Francję z 4,4 procentowym deficytem niż Marine Le Pen jako jej następnego prezydenta". Jest w tym dużo racji, bo gdyby Front Narodowy przejął władzę, to wyjście Francji, przynajmniej ze strefy euro, byłoby przesądzone.

Gdy pod unijnym dywanem odbywa się walka wagi ciężkiej, to trzeba zapytać, czy Polska przygotowuje polityczną strategię na wypadek różnych scenariuszy?
A może bezkrytyczne popieranie unijnego projektu, lub wstrzymywanie się od głosu, to przykrywka dla braku własnej strategii?

Mirosław Piotrowski