W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej informacji o wykorzystaniu plików cookies znajdą Państwo na stronie z regulaminem. zamknij

Prezydenckie wpadki

22 marca 2015

W Polsce toczy się kampania prezydencka.  Rozgrzewa ona przede wszystkim Polaków, ale obserwowana jest także za granicą. Elementem przyciągającym największą uwagę są wpadki kandydatów, czyli sytuacje niezręczne, językowe lapsusy, gafy, dziwne zachowania. Rażą one szczególnie, gdy dotyczą urzędującego prezydenta. Zagadnienie to ma wymiar szerszy, nie tylko polski i europejski, ale nawet światowy. Prezydenckie wpadki często prowadzą nie tylko do znacznego obniżenia notowań popularności w społeczeństwie, ale konsekwencją ich jest zaprzepaszczenie dużej szansy na ponowny wybór.

Przed trzema laty urzędujący prezydent Francji Nicolas Sarkozy, starając się o reelekcję, na wiecu wyborczym w Paryżu witał się z rzeszą swoich zwolenników, którzy wyciągali do niego ręce. W pewnym momencie Sarkozy zdjął swój zegarek i schował do kieszeni w obawie przed kradzieżą. Zegarek był drogi, kosztował ponad 200 tysięcy złotych, ale pokazywany po wielokroć obraz prezydenta chowającego zegarek kosztował go o wiele więcej, bo utratę poparcia. Nie była to jedyna wpadka Sarkozy'ego. W czasie wizyty we francuskiej Alzacji przemówił do zgromadzonych "i nie mówię tego tylko dlatego, że jestem w Niemczech" - czyli pomylił swój kraj Francję z Niemcami. W konsekwencji wybory wygrał socjalista François Hollande, który również nie uchronił się od wpadek, ale miał ich nieco mniej. Np. podczas konferencji w Tokio pomylił on Japończyków z Chińczykami.

Wpadki prezydentów niemieckich były nieco innego gatunku, np. prezydent Roman Herzog pomylił Powstanie Warszawskie z powstaniem w getcie warszawskim, a prezydent Horst Koehler powiedział, że "militarne zaangażowanie w misjach zagranicznych ma także związek z ochroną interesów gospodarczych Niemiec". Można się zastanawiać czy to lapsus, czy ujawnienie tajemnicy państwowej.

Za oceanem też nie jest lepiej. Prezydent Barack Obama w trakcie przyznawania Prezydenckiego Medalu Wolności pośmiertnie Janowi Karskiemu, posłużył się stwierdzeniem "polskie obozy koncentracyjne". Później tłumaczył się przemęczeniem. Obamie jednak daleko do byłego wiceprezydenta USA Dana Quayle'a, który był zastępcą George'a Busha.  Publicznie wyraził on żal, że nie nauczył się w szkole języka łacińskiego, bo mógłby teraz porozmawiać z mieszkańcami Ameryki Łacińskiej. Innym razem stwierdził, że USA są "silnie związane z Europą, ponieważ są częścią Europy". Wpadki wiceprezydenta pozbawiły szans na reelekcję prezydenta Busha, gdyż obawiano się, że przy jego słabym zdrowiu kadencję, jako główny prezydent USA kończyłby właśnie Dan Quayle.

Na tym tle całkiem nieźle wypadają polscy prezydenci. Słynne stwierdzenie Lecha Wałęsy "jestem za, a nawet przeciw", "nie chcem, ale muszem", "plusy dodatnie i plusy ujemne", albo "odpowiem wymijająco wprost", weszły już do kanonu języka polskiego. Bawiły też jego stwierdzenia "powinna być lewa noga i prawa noga. A ja będę pośrodku". Natomiast  propozycja Aleksandra Kwaśniewskiego podania ręki w trakcie debaty prezydenckiej, która spotkała się z ripostą Wałęsy "ja Panu mogę nogę podać" przypieczętowała porażkę tego ostatniego. Nowy prezydent Kwaśniewski jeszcze w czasie kampanii zaliczył wpadkę z pracą magisterską, której nie napisał. Jako urzędujący prezydent chwiał się w trakcie uroczystości katyńskich, a zarzuty o nadmierne spożycie alkoholu otoczenie jego tłumaczyło "pourazowym zespołem przeciążeniowym goleni prawej". Innym razem gazety pokazały, jak prezydent Kwaśniewski, po spotkaniu z prezydentem Białorusi do służbowego samochodu wchodził przez bagażnik. Wpadek nie ustrzegł się także świętej pamięci prezydent Lech Kaczyński, który w trakcie jednego z programów telewizyjnych, znaną panią redaktor nazwał "stokrotką", za co później przepraszał.

Niedoścignionym mistrzem wpadek okazał się jego następca Bronisław Komorowski. Po przejściu tsunami w Japonii wpisał w księdze kondolencyjnej, że łączy się z tym narodem "w bulu i nadzieji" - popełniając w dwóch prostych wyrazach dwa błędy ortograficzne Innym razem urzędujący prezydent pomylił NATO z ZOMO, a także oprawców  stalinowskich z Żołnierzami Wyklętymi.  Zdarzały mu się inne przejęzyczenia, po których zastanawiano się, czy istnieje jakiś inny papież, gdyż Komorowski powiedział: "Jan Paweł Trzeci". Gdy mieszkańcy Bogatyni walczyli z powodzią, prezydent pocieszał ich słowami: "woda ma to do siebie, że spływa".
W 2011 roku, goszcząc w Pałacu Prezydenckim parę królewską ze Szwecji, Komorowski nieopatrznie zabrał kieliszek szampana Królowej Sylwii, która nie mogła wznieść toastu. Goszcząc w Polsce Kanclerz Niemiec Angelę Merkel i prezydenta Francji Nicolasa Sarkozy'ego zaliczył parasolową wpadkę, pozostawiając bez ochrony od deszczu francuskiego gościa. Jedna z najnowszych japońskich wpadek Komorowskiego zrobiła furorę w Internecie. W tamtejszym parlamencie Komorowski butami wszedł na fotel Marszałka, wołając do generała Kozieja "chodź, Szogunie". 

Po tych wszystkich wpadkach, poparcie w sondażach dla urzędującego prezydenta spada. Wyraźnie widać, że dał się złapać w pułapkę. Chcąc odeprzeć zarzuty opozycji, że nic nie robi, tylko śpi, coraz częściej pojawia się publicznie i przemawia. A im częściej się pojawia, tym więcej wpadek. Opozycja zaciera więc ręce, mając nadzieję, że podzieli on los innych "wpadkowiczów". Wiele jeszcze może się zdarzyć, ale dopiero w maju przekonamy się, czy urzędujący prezydent, a zarazem kandydat na prezydenta Komorowski, zawoła radośnie, czy też na smutno swoje słynne "ho, ho, ho".

prof. Mirosław Piotrowski, europoseł