W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej informacji o wykorzystaniu plików cookies znajdą Państwo na stronie z regulaminem. zamknij

Polskie aspiracje a unijna rzeczywistość

27 listopada 2011

Komentarz prof. Mirosława Piotrowskiego do bieżących wydarzeń w PE: o nikłym wpływie Polski na politykę europejską pomimo sprawowania prezydencji, o coraz trudniejszej sytuacji naszych finansów publicznych i unijnych aspiracjach D. Tuska.

Szanowni Państwo,

Zdaniem prominentnych unijnych polityków państwa Unii Europejskiej podzielone zostały na trzy kategorie – francusko-niemiecki dyrektoriat, kraje strefy euro oraz kraje, które zachowały narodowa walutę, takie jak Polska, czy Wielka Brytania. Wyraźnie mamy więc do czynienia z centrum dowodzenia, państwami wspierającymi oraz krajami na politycznych peryferiach decyzyjnych. Opinie te artykułowano nawet podczas ostatniej sesji Parlamentu Europejskiego w Strasburgu. Rzeczywistości tej zdaje się nie dostrzegać premier Polski, Donald Tusk, który w swoim expose stwierdził, że „nie ma politycznego dylematu, czy być w centrum Europy, czy na jej peryferiach”. Zaznaczył też, że Polska chce przesunąć się w kierunku centrum decyzyjnego. Takie myślenie życzeniowe nie jest jednak w stanie wpłynąć na to, aby Polska, jako kraj sprawujący prezydencję w Radzie Unii Europejskiej, mogła chociażby przysłuchiwać się dyskusjom państw tworzących tzw. twarde jądro. Premier Polski jest niestety w takich okolicznościach wypraszany z sali, gdzie zapadają decyzje dotyczące wszystkich 27 krajów UE, także Polski. W tym kontekście cytat premiera zawarty w expose nawiązujący do polityki unijnej „albo jest się przy stole, albo w karcie dań” jest dylematem retorycznym. Widać gołym okiem, że Polska jest przeganiana od stołu i możemy się jedynie zastanawiać, jaki rodzaj dania stanowimy – czy jest to danie główne, czy może tylko przystawka? Sami sprowadziliśmy się do tej roli, przyjmując traktat lizboński, na którym najwięcej zyskali Niemcy i najwięcej stracili Polacy. Przypomnijmy, że Polska miała wcześniej 27 głosów w Radzie, a największe pod względem ludności unijne państwo – Niemcy, miały 29 głosów, podobnie jak Wielka Brytania Francja i Włochy, czyli zaledwie o 2 głosy więcej od Polaków. Całkiem niedawno więc należeliśmy do ścisłej czołówki europejskiej. Przejście od traktatu z Nicei do traktatu lizbońskiego to nie tylko kapitulacja, ale pogwałcenie demokracji, poprzez zlekceważenie referendów, czyli głosu społeczeństwa wyrażonego we Francji, Holandii i Irlandii. Traktat lizboński nie usprawnił mechanizmów decyzyjnych Unii Europejskiej i nie zapobiegł kryzysowi, a niebawem ma być po raz kolejny zmieniony.

Kryzys finansów w Europie jest faktem, a wcześniejsze zapewnienia o dobrej kondycji polskiej gospodarki okazują się nieprecyzyjne. Chcąc łatać budżetowe dziury, rząd zamierza m.in. podwyższyć wiek emerytalny kobiet do 67 lat. Być może później zwiększy ten wiek do 77 lat, według znanej sentencji, że dopóki obraduje Sejm, nikt nie może być niczego pewien. Jak przypomniał ostatnio prezes Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, w Polsce nie ma stabilnego funduszu emerytalnego. Obecnie osoby aktywne zawodowo płacą składki ZUS, które przeznaczane są na wypłatę świadczeń dzisiejszych emerytów. Wydłużając wiek emerytalny, być może władze liczą po cichu, że wiele osób tego momentu nie doczeka. Rodzi to skojarzenia z polityką PRL-u, czyli czasu słusznie minionego, gdzie działania przewodniej siły narodu w podobnym zakresie określano prześmiewczą sentencją: „Emeryci, popierajcie partię czynem, umierajcie przed terminem”. Różne są europejskie modele systemów emerytalnych, ale obserwujemy tendencję do odsuwania wypłaty należnych emerytur jak najdłużej ze względu na kryzys.

W tym tygodniu minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski stwierdził w PE, że podwyższanie wieku emerytalnego dla kobiet do 67 lat łączy się m.in. z koniecznością wypełniania kryteriów strefy euro. W odpowiedzi na moje osobiste pytanie dodał, że przede wszystkim idzie o podniesienie wiarygodności Polski na płaszczyźnie europejskiej. Nie można wykluczyć, że drastyczne reformy odczuwalne przez polskie społeczeństwo tak naprawdę skierowane są do polityków unijnych celem maksymalizowania korzyści na poziomie europejskim. Jeden z polskich europosłów od kilku miesięcy rozpowiada, że wszystkie działania premiera Tuska podporządkowane są propozycji Kanclerz Angeli Merkel uczynienia polskiego premiera Przewodniczącym Komisji Europejskiej. Nie wiemy, czy nasz kolega europoseł rozmawiał osobiście z Kanclerz Niemiec, czy usłyszał te informacje w parlamentarnym korytarzu, czy toalecie, ale wygląda na to, że premier po prostu w to uwierzył. Prawdopodobnie obu panom umknął fakt, że w trakcie niedawnego zjazdu CDU podjęto, przy aprobacie Angeli Merkel, oficjalną uchwałę w sprawie m. in. bezpośrednich wyborów szefa Komisji Europejskiej we wszystkich krajach Unii, co mocno redukuje szanse naszego premiera. Po ludzku możemy zrozumieć, że serce rwie się do przodu, lecz w tak poważnej sytuacji zapaści finansowej nie wystarczą dotychczasowe obietnice i medialne triki. Za kilka miesięcy minie 100 lat od zatonięcia Titanica, na którym podobno do końca grała muzyka. Skłania to do refleksji czy lepiej stojąc po kolana w zimnej wodzie słuchać orkiestry, odsuwając w myślach wizję katastrofy czy też podjąć walkę z żywiołem. Na unijnym Titanicu Polacy nie płyną w pierwszej klasie i nie mają szans na szalupę ratunkową. Mamy nadzieję na kapoki, ale nigdy nic nie wiadomo.

Mirosław Piotrowski