W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej informacji o wykorzystaniu plików cookies znajdą Państwo na stronie z regulaminem. zamknij

Pod unijnym pręgierzem

7 października 2018

Coraz więcej krajów Unii Europejskiej stawianych jest przez jej urzędników pod pręgierzem. Dawniej pręgierz czyli drewniany lub kamienny słup ustawiany był pod ratuszem i służył do wymierzania kar. Przytwierdzano do niego za pomocą żelaznych obręczy, czyli kuny, złodziei i oszustów. „Jeśli oszuści tworzą prawo, to jest to prawo dla oszustów” - grzmiał przedstawiciel największej grupy politycznej, Europejskiej Partii Ludowej, podczas ostatniej debaty na temat praworządności w Rumunii, zorganizowanej tutaj w Parlamencie Europejskim w Strasburgu. Rumunia to kolejny kraj, który w minionym tygodniu przywiązany został do unijnego pręgierza. Swoje obawy co do naruszania praworządności w Rumunii artykułował niezawodny komisarz Frans Timmermans, który nie może zaakceptować reformy wymiaru sprawiedliwości w tym kraju. Niepokoił się, że zmiany w prawie mają przykryć korupcję, zachęcał do ściślejszej współpracy z Komisją Wenecką. Skąd my to znamy?

W trakcie przerwy w emisji felietonów, Parlament nasz i Komisja zdążyli już postawić pod pręgierzem Polskę i Węgry, nad którymi wisi słynny artykuł siódmy, czyli możliwe sankcje. Oba kraje buntują się przeciwko wizji rozwoju Europy kreślonej przez znanego finansistę George’a Sorosa. W krajach tych rządzi prawica, a w Unii de facto lewica i liberałowie, więc właściwie nie ma się czemu dziwić. Dlaczego jednak Rumunia? Tam rządy sprawuje koalicja socjalistyczno-liberalna. Premierem jest pani Viorica Dăncilă, która była atakowana i musiała tłumaczyć się w naszej Izbie. Wcześniej była ona posłanką do Parlamentu Europejskiego i zasiadała w grupie socjalistycznej. Teraz jednak jej retoryka zbliżona była do wypowiedzi premierów Viktora Orbána, Beaty Szydło, czy Mateusza Morawieckiego. Dowodziła, że „system sprawiedliwości (w Rumunii) jest zmieniany dla dobra obywateli”, że teraz żaden polityk nie będzie decydował o nominacji sędziów, itd. Oczywiście nie przekonało to większości europosłów, którzy dotychczas problemów tych w Rumunii zdawali się nie dostrzegać. Nawet szef liberałów Guy Verhofstadt przemówił krótko, konkludując, że to samo, co mówi premier Dăncilă, mówią Orbán i Kaczyński. Powściągliwość Verhofstadta prawdopodobnie wynikała z faktu, że w rządzie rumuńskim zsiadają przedstawiciele jego rodziny politycznej. Wraca jednak pytanie, dlaczego Rumunia i to właśnie teraz? O prawdziwej przyczynie podczas debaty wspomniało bodaj dwóch europosłów, pokazując zwrot rumuńskiego rządu w sprawie osób LGBT i tzw. małżeństw jednopłciowych.

Otóż na szóstego i siódmego października zaplanowano referendum w sprawie zmiany konstytucji. Jak uzasadniano, idzie o „umocnienie roli rodziny poprzez wprowadzenie do ustawy zasadniczej zapisu mówiącego, iż małżeństwo to tylko związek mężczyzny i kobiety”. No cóż, takiego policzka nie mogli zdzierżyć liberalno-lewicowi eurokraci, mimo bliskich politycznych afiliacji rumuńskiego rządu. Został on więc postawiony pod pręgierzem podobnie jak inne prawicowe rządy i zmuszony był tłumaczyć się, że Unia stosuje wobec Rumunii „podwójne standardy”. Czas pokaże, czy rumuński rząd usztywni, czy też złagodzi swoje stanowisko. Bez wątpienia Unia nie ma co liczyć na złagodzenie stanowiska włoskiego rządu, który jest następny w kolejce do pręgierza. Wicepremier Matteo Salvini zdecydowanie odrzuca pouczania i pogróżki szefa Komisji Europejskiej Jean-Claude’a Junckera, twardo mu odpowiadając: „Dosyć gróźb i obelg ze strony Unii”. „We Włoszech nikt nie słucha gróźb Junckera, który asocjuje teraz nasz kraj z Grecją” - dodaje wicepremier włoskiego rządu.

Stawką całej tej batalii, czego nikt nie kryje, są przyszłoroczne wybory do Parlamentu Europejskiego. Euroentuzjaści obawiają się przegranej, stąd tak nerwowe ruchy - siłowe. Jeszcze nie rozumieją oni, że swoimi działaniami wzmacniają straszną dla nich falę, nazywaną pieszczotliwie „populistyczną”. Niewykluczone, że niebawem to jej przedstawiciele, czyli Europy Ojczyzn, będą mogli postawić pod pręgierzem panów Timmermansa, Junckera, Tuska, oraz innych reprezentantów tej dziwnej Europy. Możliwe też, że pręgierz ten będzie miał naklejkę „UE”, czyli Unia Europejska.

Mirosław Piotrowski