W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej informacji o wykorzystaniu plików cookies znajdą Państwo na stronie z regulaminem. zamknij

Niemieckie koalicje

3 grudnia 2017

Niemcy mają problem. Problem z utworzeniem koalicji. Już dwa miesiące po wyborach do Bundestagu, a pani kanclerz Angela Merkel ciągle nie ma pewności, czy będzie po raz czwarty kanclerzem Niemiec. Do niedawna jeszcze liczyła, że stanie na czele tzw. jamajskiej koalicji, czyli CDU/CSU razem z Liberałami i Zielonymi. Liberałowie się wycofali, więc taka koalicja na razie jest nieaktualna. Już wcześniej kanclerz Merkel wykonała względem liberałów duży gest - dotychczasowy minister finansów Wolfgang Schäuble został przesunięty na stanowisko przewodniczącego Bundestagu. Nowym ministrem finansów miał zostać szef Liberałów Christian Lindner. Uznał on jednak, że nie da rady rządzić z Zielonymi, nie mógł się też porozumieć z chadekami. „Lepiej nie rządzić, niż rządzić źle” - powiedział Lindner, zrywając koalicyjne rozmowy. Oczy Merkel zwróciły się więc na SPD. Wprawdzie podczas kampanii wyborczej szef tej partii Martin Schulz zapowiadał, że ponowne utworzenie wielkiej koalicji nie wchodzi w grę, to jednak wytworzyła się sytuacja szczególna.                     

Największe i najsilniejsze państwo w Unii Europejskiej, którego gospodarka kwitnie, podatki do budżetu federalnego płyną strumieniami, obsadza wygodnymi dla siebie politykami najważniejsze urzędy w Unii Europejskiej, samo u siebie, w Berlinie, nie jest w stanie sformować rządu. Co więcej, teoretycznie, jest to do zorganizowania w ciągu kilku dni. CDU i CSU z Liberałami i Zielonymi mogą stworzyć większość w Bundestagu jak również możliwy jest powrót do tzw. wielkiej koalicji CDU/CSU/SPD rządzącej przez ostatnie cztery lata w Niemczech. Tym razem liderzy niemieckich partii politycznych są jednak ostrożni. Zarówno CDU, CSU, jak i SPD uzyskały w ostatnich wyborach najgorsze wyniki w historii. Liberalna FDP powróciła do Bundestagu po czteroletniej nieobecności. Chciałaby więc, co oczywiste, zagrzać tu dłużej miejsca.

Tuż po wrześniowych wyborach jeden z niemieckich europosłów twierdził, że spodziewa się nowych wyborów. Taki scenariusz jest w tej chwili brany w Niemczech pod uwagę, jakkolwiek nie jest on na rękę największym partiom politycznym. Za ich plecami przyczaiła się bowiem AfD, czyli Alternatywa dla Niemiec, która w wyniku ewentualnych ponownych wyborów do Bundestagu mogłaby zyskać najwięcej. A to już zagraża europejskiemu establishmentowi, gdyż AfD postrzegana jest jako partia populistyczna. W Niemczech rozważany jest jeszcze inny scenariusz - rządu mniejszościowego, co jednak skomplikowałoby sytuację w Unii Europejskiej. Bez wątpienia obniżyłoby siłę i rangę Niemiec w Brukseli. Największy kraj aspirujący do przewodzenia Unii sam nie miałby większości w Bundestagu dla swojego rządu.
To utrwaliłoby chaos. Właśnie słów „chaos” i „bezwład” używają niemieccy publicyści na określenie stanu swojego państwa po wrześniowych wyborach. Zwracają uwagę, że w jego wyniku Niemcy już tracą w Unii. Podaje się konkretny przykład związany z przenoszeniem unijnych agencji z Londynu na kontynent z powodu Brexitu. Chodzi przede wszystkim o Europejski Urząd Nadzoru Bankowego (EBA). Niemcy mieli nadzieję, że zostanie on przeniesiony do Frankfurtu nad Menem. Ostatecznie jednak jego siedzibą będzie Paryż. Za porażkę winione są niemieckie władze federalne. Nie miały ponoć czasu się o to zatroszczyć. Prowadzą bowiem rozmowy koalicyjne, które jeszcze jakiś czas potrwają. O koalicji rozmawiać ma SPD, choć się za bardzo nie wyrywa. Przytłaczająca większość delegatów tej partii opowiada się przeciwko powtórzeniu wielkiej koalicji. To trudna sytuacja dla przewodniczącego SPD Martina Schulza, którego ci delegaci mają niebawem ponownie wybierać na przewodniczącego.

Czy weźmie górę pragmatyzm? Martin Schulz twierdzi, że „żadna opcja nie jest wykluczona”, a Merkel zachęca do współdziałania twierdząc, że „Niemcy potrzebują stabilnego rządu tak szybko, jak to możliwe, żeby odpowiedzieć na propozycje dotyczące reformowania Unii Europejskiej”. Oczywiście Angela Merkel chciałaby po raz czwarty zostać kanclerzem i dalej rządzić. Zauważyć jednak trzeba, że bez względu jednak na to, jaka koalicja zostanie w Berlinie zwarta, utworzony rząd będzie kontynuował linię poprzednich rządów w zakresie polityki zagranicznej i bezpieczeństwa. To więcej niż kilkudziesięcioletnia tradycja. Jednakże zanim Niemcy wyjdą z chwilowego politycznego chaosu, niektóre państwa Unii Europejskiej mają swoje pięć minut na jego wykorzystanie. 

Mirosław Piotrowski