W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej informacji o wykorzystaniu plików cookies znajdą Państwo na stronie z regulaminem. zamknij

Między New Jersey a Brukselą

25 listopada 2018

W minionym tygodniu radni miasta Jersey City w Stanach Zjednoczonych przegłosowali, że pomnik katyński, który burmistrz tego miasta chciał przenieść w inne miejsce, pozostanie tam, gdzie jest. Wprawdzie zgodnie z obowiązującymi regulacjami ma odbyć się jeszcze jedno głosowanie, ale zdaniem wielu sprawa jest już przesądzona. To sukces tamtejszej Polonii. Udało się to obok, a nawet wbrew zabiegom polskiej dyplomacji. Otóż gdy burmistrz Jersey City zadecydował, że stojący na nabrzeżu od blisko trzydziestu lat pomnik katyński ma zostać przeniesiony kilkadziesiąt metrów dalej, polski konsul generalny w Nowym Jorku uznał, że jest to porozumienie. Twierdził też, że nowa lokalizacja będzie również prestiżowa. „Jestem bardzo zadowolony, że udało się dojść do tak dobrego porozumienia w tak krótkim czasie” - mówił. Wspierał go szef polskiego MSZ-u Jacek Czaputowicz, który nazwał je „zadowalającym rozstrzygnięciem”. Nie zadowoliło to jednak mieszkających tam Polaków, którzy pomocy szukali u innych mieszkańców miasta. Obrońcy pomnika wskazywali, że nowe miejsce, na które polska dyplomacja wyraziła zgodę, nie jest tak prestiżowe, a co gorsza, podobno znajdują się tam ścieki. Przedstawiciele Polonii dotarli do członków rady miasta, którzy stanęli w ich obronie.  Jeden z nich Richard Boggiano napisał: „Po prostu chcę, aby wszyscy Polacy i inni wiedzieli, że zostaliście sprzedani. To wstyd...”. Do kogo skierowane były te słowa, czy aby nie do polskich dyplomatów? Czy to oni rozmawiali za zamkniętymi drzwiami o Polonii bez Polonii?

Przenosząc się już na grunt europejski dostrzec można kontynuację tej dziwniej tendencji polskiej dyplomacji. Jej przedstawiciele weszli w otwarty konflikt ze świetnie zorganizowanym Związkiem Polaków na Litwie, a polska prokuratura ściga jej prezesa Michała Mackiewicza, którego chroni immunitet, gdyż jest posłem na Sejm litewski. Serdecznie gratulujemy polskim dyplomatom. Niestety na innych odcinkach również, najdelikatniej rzecz ujmując, sukcesów brak. Polski minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz pręży w Brukseli muskuły, domagając się nałożenia sankcji na atakujących Ukrainę, a w tym samym czasie Rada Najwyższa Ukrainy debatuje nad uchwałą, w której Polaków mieszkających na Podkarpaciu nazywa „kolonizatorami”. A przypomnijmy, w kraju tym Stefan Bandera nadal jest bohaterem. Poprzedni minister spraw zagranicznych Witold Waszczykowski twierdził, że Ukraina nie wejdzie do Europy z Banderą. Nie chciał też ustępować Brukseli, która ingeruje w sprawy polskie. Został zdymisjonowany, a jego następca wraz z nowym premierem zapowiadali zakończenie sporu z Unią Europejską w drodze kompromisu. W kuluarach słyszałem od prominentnych polityków prawicy, że to właśnie było głównym celem rekonstrukcji rządu. Trzeba było pokazać nową twarz, europejską, konstruktywną. Niestety, wymarzony kompromis przeradza się na naszych oczach w kompromitację. Do kompromisu dochodzi się bowiem w drodze dialogu, gdy każda strona z czegoś ustępuje. Jak dotychczas ani Komisja Europejska, ani Parlament Europejski, z niczego nie ustąpiły, a przedstawiciele Zjednoczonej Prawicy już nie tylko z wprowadzanych reform rezygnują, ale wręcz kapitulują. Dowodem ostatnia nowelizacja ustawy o Sądzie Najwyższym, w której na polecenie Brukseli Zjednoczona Prawica przegłosowała przywrócenie do pracy sędziów Sądu Najwyższego z jego pierwszą prezes Małgorzatą Gersdorf. A jeszcze niedawno w Strasburgu premier Mateusz Morawiecki bronił decyzji o przeniesieniu ich w stan spoczynku, argumentując, że część to sędziowie stanu wojennego, a Sąd Najwyższy to symbol postkomunizmu. Wystarczyło jednak, że pan Frans Timmermans, via Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej, tupnął parę razy nogą i zostali oni przywróceni.  Opozycja zaciera ręce dowodząc, że to, co robią obecne polskie władze przypomina bezcelowe kopanie i zasypywanie rowu. Po co było bowiem wszczynanie procedur, z których teraz trzeba się wycofywać? Czy zabrakło wcześniej ekspertów, może dobrej woli, a może to znowu jakieś inne dalekosiężne tajemne kalkulacje naszych władz? Tak czy inaczej zadowoliły one przynajmniej szefa liberałów Guy Verhofstadta, który po szybkiej analizie napisał, że „jest to pierwszy dobry krok dla ludzi w Polsce”. Pomijając już jego szczerą troskę o dobro naszego społeczeństwa, zwróciłbym uwagę na pierwszą część wypowiedzi. Mianowicie mówi on, że jest to dopiero pierwszy krok, co oznacza, że czeka na kolejne. Podobny ton wybrzmiewa również w wypowiedziach pana Timmermansa oraz innych brukselskich przedstawicieli. Jeśli polski rząd będzie kapitulował na innych odcinkach, to być może jeszcze bardziej ich zadowoli, ale czy równie zadowoleni będą wyborcy Zjednoczonej Prawicy, którzy na tę formację głosowali?

Mirosław Piotrowski