W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej informacji o wykorzystaniu plików cookies znajdą Państwo na stronie z regulaminem. zamknij

Merkel wyhamowuje?

11 października 2015

„Zamiary były dobre, ale wyzwania u naszych granic okazały się większe”. (...) To słowa pani kanclerz Niemiec Angeli Merkel, wypowiedziane na ostatniej sesji Parlamentu Europejskiego w Strasburgu. Dotyczyły one uchodźców i emigrantów, o których mówiła wprost: „Ci ludzie powinni mieć możliwość życia we własnym kraju – i to jest przesłanie dnia dzisiejszego”. Słowa te można odczytać jako lekkie wyhamowanie, może nawet naciśnięcie na hamulec przez niemiecką kanclerz, która wcześniej zapewniała, że Niemcy gotowe są przyjąć nieograniczoną liczbę imigrantów, a w tym roku nawet 800 tysięcy. Rzeczywistość przerosła jej wyobrażenia. Według niejawnej notatki rządowej do Niemiec w tym roku ma przybyć półtora miliona imigrantów, co zgodnie z wyliczeniami niemieckich mediów tak naprawdę da sumę blisko 7 milionów osób ze względu na przewidywany przyjazd ich rodzin.

Szturmujący granice Unii Europejskiej kierują się głównie do Niemiec, a precyzyjnie rzecz ujmując do najbogatszego kraju związkowego, czyli Bawarii oraz krajów skandynawskich. Na złagodzenie stanowiska pani kanclerz z pewnością nie wpłynęły protesty takich krajów jak Słowacja, Węgry, Czechy, czy Rumunia, ale niezadowolenie społeczne skutkujące dość wyraźnym spadkiem jej popularności w Niemczech. Niemieccy europosłowie nie ukrywają, że w jej macierzystej partii CDU, której przewodzi, dosłownie się gotuje. Wskazywali na brak aplauzu i entuzjazmu po wypowiedziach swojej szefowej w Parlamencie Europejskim w Strasburgu.

Na gruncie niemieckim posłowie CDU publicznie krytykują już stanowisko wcześniej zajęte przez panią kanclerz, która przybyła do Parlamentu Europejskiego razem z prezydentem Francji François Hollandem. Przemawiali oboje, a ich wizytę ochrzczono mianem historycznej. Zarówno pani kanclerz Niemiec, jak i prezydent Francji podkreślali, że podobna wizyta odbyła się 26 lat temu, gdy pod koniec 1989 roku gościli tu kanclerz Helmut Kohl i prezydent François Mitterrand. Nawiązywali do zjednoczenia Niemiec i przemian w Europie Środkowo-Wschodniej, łączących się z przemieszczaniem ludności w obrębie Europy i porównywali do obecnego kryzysu związanego z uchodźcami i imigrantami. Oczywiście nie omieszkali chwalić Unii Europejskiej, zachęcać do większej integracji, wygłaszając slogany o tym, że potrzeba więcej Europy w Europie, szczególnie w dobie kryzysu. A kryzys jest poważny.

Przez granice Unii przeszło ok. 600 000 emigrantów, a na siłę podzielono zaledwie 160 tysięcy. Pani kanclerz Merkel wymieniła 60 milionów uchodźców, stwierdzając, że jest to największa liczba po II Wojnie Światowej, co w sposób znaczący zmienia Europę. Broniła też mechanizmu obowiązkowego, rzekomo solidarnościowego rozdziału uchodźców na wszystkie kraje Unii. Występujący w naszej Izbie dzień wcześniej przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk dwukrotnie wymienił liczbę 70 milionów emigrantów. Ważniejsze jednak było, co powie kanclerz Merkel, która stwierdziła, że wielu, zwłaszcza emigrantów ekonomicznych, będzie musiało wrócić. Położyła nacisk na dialog z Turcją i Libią, gdzie zdeklarowała wsparcie specjalnego wysłannika ONZ. Mówiła także o ochronie zewnętrznych granic Unii, porozumieniu o readmisji. Występował również prezydent Francji Hollande, do którego odniósł się szef partii UKIP, brytyjski europoseł Nigel Farage, mówiąc, że „głos Francji jest tylko piskiem”. Zasugerował także, kto jest hegemonem w Europie. Jeszcze dalej posunęła się francuska europosłanka Marine Le Pen, która swoją mowę zaczęła od słów: „Witam kanclerz Merkel i wicekanclerza prowincji Francja”. Podkreślała, że Unia opiera się na szantażu i zastraszaniu. Symbiozą obu przywódców zachwycony był za to przewodniczący Parlamentu Europejskiego Martin Schulz, który witając gości mówił, że „Jeśli nie funkcjonuje współpraca niemiecko-francuska, cierpi cała Europa”. Na sali dało się wyczuć napięcie i emocje. W kuluarach podczas nieformalnych rozmów słychać bowiem, że problem uchodźców i imigrantów może zdecydować o rozpadzie Unii Europejskiej.

Narody Unii Europejskiej, delikatnie rzecz ujmując, nie są zachwycone perspektywą przyjmowania setek tysięcy, a nawet milionów imigrantów, w większości ekonomicznych, wśród których mogą znajdować się terroryści. Działania kanclerz Niemiec i przedstawicieli najważniejszych unijnych instytucji dotychczas rozmijały się z ich oczekiwaniami. Czy debaty na ten temat w Parlamencie Europejskim i przemówienia przywódców Niemiec i Francji mogą oznaczać początek zmiany niefortunnej polityki imigracyjnej? Czas pokaże, ale już pierwsze sygnały będą widoczne po wyborach parlamentarnych w wielu krajach członkowskich, nie tylko w Polsce, Chorwacji, a także zapowiedzianym referendum w Wielkiej Brytanii. Co do jednego nie ma bowiem sporu – kwestia polityki imigracyjnej jest głównym czynnikiem polaryzującym scenę polityczną w poszczególnych krajach członkowskich Unii.

prof. Mirosław Piotrowski, europoseł