W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej informacji o wykorzystaniu plików cookies znajdą Państwo na stronie z regulaminem. zamknij

Konferencje i szczyty

24 lutego 2019

W Parlamencie naszym, tutaj w Brukseli cały czas rezonuje jeszcze sprawa konferencji bliskowschodniej, która zakończyła się niedawno w Warszawie. Polska była jej gospodarzem. Choć kraje Unii Europejskiej odnosiły się do niej z dystansem, to nie jest tajemnicą, że na rękę była ona Stanom Zjednoczonym i Izraelowi. Niektórzy ostrzegali, że kraj nasz nie powinien tak bardzo angażować się w konflikt bliskowschodni, między innymi z Iranem, skoro bezpośrednio nie mamy tam interesów, a przy okazji skonfliktować się z krajami tamtego regionu jest bardzo łatwo. Polskie władze, jak sądzę, chciały jednak pokazać poprzez sam fakt organizowania ważnej międzynarodowej konferencji u nas w Polsce, jak bardzo ważny jest nasz kraj pod rządami polityków „dobrej zmiany”. Chcieli też, kolokwialnie rzecz ujmując, „zapunktować” u Amerykanów. W perspektywie przecież amerykańska baza w Polsce, mityczny fort Trump itp. Już pierwszym sygnałem alarmowym, który powinien skorygować myślenie życzeniowe polskich władz, był szczyt klimatyczny w Katowicach. Po zmianie polskiego ministra środowiska zignorowali go najważniejsi przywódcy krajów Unii Europejskiej i innych części świata. Wyniki katowickiego szczytu trudno określić jako przełomowe. W Warszawie poszło jeszcze gorzej. Mimo, że polski minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz twierdził, że „nie mieliśmy wątpliwości, że to dobra inicjatywa. Polska mogła się zaprezentować jako państwo, które działa na rzecz pokoju i bezpieczeństwa”, to wizerunkowy efekt tej konferencji był biegunowo odległy od wyobrażeń szefa polskiego MSZ-u.

Na początku minister Czaputowicz bagatelizował wypowiedź amerykańskiej dziennikarki, która przy okazji organizowanej konferencji mówiła, że powstanie Żydów w getcie warszawskim w 1943 roku było skierowane przeciwko „polskiemu nazistowskiemu reżimowi”. Polski minister komentując tę skandaliczną wypowiedź stwierdził m.in. „nie nadajmy temu zbyt dużej rangi”, ale gdy zaraz potem podczas pobytu w Warszawie, jak donosiły izraelskie media, premier Izraela Benjamin Netanjahu zarzucił Polakom kolaborowanie z nazistami w czasie drugiej wojny światowej, to szef polskiego MSZ-u zaczął ubolewać, że takie słowa izraelskiego premiera były bardzo niewłaściwe. Jakby tego było mało, przybyły do Warszawy na konferencję bliskowschodnią Sekretarz Stanu USA Mike Pompeo zachęcił polskie władze, by wprowadziły prawo pozwalające na zwrot majątków tym, którzy je stracili podczas Holokaustu. Minister Czaputowicz próbował tłumaczyć w mediach, że Pompeo „poruszył problem zwrotu mienia w ramach wizyty dwustronnej, a nie podczas konferencji bliskowschodniej”. Te dyplomatyczne subtelności nie wpłynęły na zmianę fatalnego wizerunku całej sprawy. Przypomnę, że gdy w ubiegłym roku Kongres przegłosował słynną ustawę 447 dotyczącą odzyskania mienia bezspadkowego, minister Czaputowicz bagatelizował sprawę, twierdząc, że ona nas nie dotyczy. I proszę, teraz Amerykanie się tym posiłkują. Niestety to był dopiero początek dyplomatycznego tsunami.

Świeżo wybrany jako pełniący obowiązki ministra spraw zagranicznych Izraela Israel Katz powiedział o Polakach, że „wyssali antysemityzm z mlekiem matki”. W mediach słowa te określono jako „bombę atomową”. Reagując na to premier Morawiecki odwołał swoją wizytę w Izraelu na szczycie Grupy Wyszehradzkiej, po czym w ramach solidarności zaplanowany szczyt w Izraelu został odwołany. I słusznie. Polska musi się szanować, ale czy przypadkiem wcześniejsze poczynania polskiego rządu, w tym wycofanie się z ustawy o IPN-ie negocjowane ze służbami specjalnymi Izraela i kolonialna wręcz uległość wobec USA i Brukseli, nie zachęciły ich do takich działań? Teraz trzeba wylewać wiadrami wodę z zalanej łódki, ale można zapytać co robiła polska dyplomacja wcześniej? Wiele miesięcy temu pytałem w moim felietonie, czy polska dyplomacja jeszcze istnieje. Po konferencji bliskowschodniej pytanie takie zadają już publicznie inni politycy. Niektórzy dziennikarze piszą wprost, że polska dyplomacja to farsa, a na jednym z portali internetowych aktywność ministra spraw zagranicznych Jacka Czaputowicza porównano do „godnego zachowania Jasia Fasoli światowej dyplomacji”. No cóż, teraz trudno już twierdzić, że minister spraw zagranicznych to udany eksperyment. Nie wystarczy trząść się z oburzenia, co czynią koledzy politycy, także tu w Brukseli, że to niedopuszczalne, że to skandal, że sprawa ma związek ze zbliżającymi się w kwietniu wyborami w Izraelu, że premier Netanjahu rzuca wszystko na jedną kartę, gdyż jeśli przegra, jak twierdzą niektórzy, to może nawet trafić do więzienia. Próbuje więc w specyficzny sposób pobudzać swój elektorat. Możemy oczywiście to dostrzegać, ale musimy się szanować i odbudować od podstaw polską dyplomację od zmiany ministra poczynając. Trzeba jednocześnie zlikwidować dyplomatyczną amatorszczyznę. Nie wystarczy bowiem odwołać wizytę, albo zorganizować kolejną konferencję czy szczyt.

Mirosław Piotrowski