W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej informacji o wykorzystaniu plików cookies znajdą Państwo na stronie z regulaminem. zamknij

Juncker i uchodźcy

20 września 2015

Osiemdziesiąt minut przemawiał w trakcie ostatniej sesji plenarnej Parlamentu Europejskiego w Strasburgu szef Komisji Europejskiej Jean Claude-Juncker. Choć tematem debaty był „Stan Unii Europejskiej”, Juncker większość czasu poświęcił najbardziej palącej sprawie uchodźców. Zapowiedział, że Unia przyjmie 160 tysięcy uciekinierów z Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu i rozlokuje ich w poszczególnych krajach członkowskich według centralnie narzuconych limitów. Zgodnie z nimi do Polski ma przybyć 12 tysięcy uchodźców.

Przypomnę, że wcześniej premier Ewa Kopacz, bez przeprowadzenia debaty w polskim Sejmie, zgodziła się na przyjęcie dwóch tysięcy uchodźców. Później mowa była o dziewięciu tysiącach, a teraz o dwunastu tysiącach. Niedawno, występując w polskim Sejmie nie podała żadnych liczb. Może to oznaczać, że liczba 12 tysięcy nie jest ostateczna. Juncker, odrzucając krytykę, że Komisja Europejska dotychczas niewiele w tej sprawie robiła, stwierdził w Strasburgu, że jego Komisja przygotowała specjalny plan dotyczący uchodźców już w maju tego roku. Jego szczegóły dotychczas nie były szerzej znane. Warto odnotować, że właśnie w maju goszczący w Gdańsku szef Rady Europejskiej Donald Tusk ujawnił europejską strategię w sprawie imigrantów, co opublikowała jedna z gazet.

Przytoczone liczby mogą szokować. Tusk wyjawił bowiem, że w ciągu najbliższych 20 lat do Unii Europejskiej ma przybyć 70 milionów imigrantów. Oznaczałoby to, że według wcześniej narzuconego przelicznika, Polska byłaby zobowiązana przyjąć ponad 5%, czyli trzy i pół miliona. A to już bardzo duży problem. Zważywszy, że Juncker w Parlamencie Europejskim podkreślał, iż swoje przemówienie konsultował z Donaldem Tuskiem, to najprawdopodobniej wcześniej, w maju również przytoczoną strategię omawiali. Szefa Rady Europejskiej w Strasburgu nie było, co zbulwersowało niektórych przywódców grup politycznych - socjalistów i liberałów. Wcześniej przewodniczący naszego Parlamentu Martin Schulz wystosował do niego specjalne zaproszenie. Juncker bronił Tuska, twierdząc, że musiał być w tym samym czasie w Turcji, a ich stanowisko jest wspólne. A jeśli tak, to były premier Polski musiał zaakceptować odnoszący się do naszego kraju passus, który wzbudził tyle emocji. Juncker, zdając sobie sprawę ze sceptycznej postawy państw Grupy Wyszehradzkiej, w tym Polski, postanowił w retoryce swej uderzyć właśnie w nasz kraj. Stwierdził, że Polska powinna wykazać się solidarnością, przyjmując rzesze uchodźców i migrantów, gdyż sama kiedyś była w podobnej sytuacji i 20 milionów Polaków obecnie mieszka za granicą. Połączył to także z polityką Unii względem Ukrainy, twierdząc, że jeśli nasz kraj domaga się solidarności w sprawie ukraińskiej, to powinien wykazać się podobną solidarnością w kwestiach uchodźców.

Mówiąc o Polsce i liczbie polskich emigrantów Juncker dopuścił się nadużycia. Zaciemnił przy tym obraz sytuacji. Idąc tym tokiem rozumowania, można by zapytać, ilu na świecie poza krajem pozostaje Włochów czy Irlandczyków, a jest ich wielokrotnie więcej niż Polaków. Rozumiem, że Juncker chciał przełamać niechęć polskich władz metodą kija i marchewki. Marchewką była wygłoszona obietnica gwarancji granic Polski i krajów bałtyckich. Dowcip polega na tym, że Unia nie ma własnych sił zbrojnych, a rodzinny kraj Junckera dysponuje liczbą niespełna ośmiuset żołnierzy. Jak trwała jest to polityka i obietnice, mogliśmy się bardzo szybko przekonać. Ledwie kanclerz Niemiec Angela Merkel zaprosiła uchodźców i imigrantów, którzy masowo z Węgier przenieśli się do Niemiec, głównie do Bawarii, okazało się, że w ciągu dosłownie kilku dni musi diametralnie zmienić swoją politykę. Kanclerz Niemiec, doświadczając empirycznie fali uchodźców błyskawicznie zamknęła swój kraj, wprowadzając kontrole na granicach. To samo zrobiła Austria, a podobne kroki zamierzają podjąć inne kraje, w tym Belgia. Zanim do tego doszło, szef Parlamentu Europejskiego Martin Schulz zdążył zapowiedzieć publicznie, że jeśli któryś z krajów (w domyśle Węgry i Polska) nie zgodzi się na narzucone tzw. „kwoty” imigrantów, to w przypadku „zagrożenia europejskiego ducha wspólnotowego”, trzeba będzie wprowadzić je siłą (mit Macht durchsetzen). Wypowiedź ta spotkała się z ogromnym oburzeniem. Nim zdążyło ono eksplodować, okazało się, że „europejski”, a de facto niemiecki, „duch wspólnotowy” przepoczwarzył się i wyparował.

Cała Unia ma ogromy problem, ale niestety to Polska cały czas pozostaje przysłowiowym chłopcem do bicia. Rząd Polski dryfuje, mało skutecznie przypominając, że w traktatach zagwarantowano krajom członkowskim Unii własną politykę imigracyjną. Siłą nie można tego zmienić. Traktaty to prawo pierwotne, a uzgodnienia organów Unii to prawo wtórne i nie może ono górować nad prawem pierwotnym. O tym powinien pamiętać przede wszystkim szef Komisji Europejskiej Juncker, gdyż to właśnie Komisja Europejska nazywana jest „strażniczką traktatów”.

prof. Mirosław Piotrowski