W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej informacji o wykorzystaniu plików cookies znajdą Państwo na stronie z regulaminem. zamknij

Jak Himilsbach z angielskim

28 października 2018

Znany, nieżyjący już, polski aktor Jan Himilsbach, otrzymał ponoć propozycję zagrania w amerykańskim filmie. Producent postawił jednak warunek, że musi on nauczyć się języka angielskiego. Himilsbach propozycję odrzucił, a motywy wyjaśniał charakterystycznym ochrypłym głosem. Przeprowadziłem logiczny wywód myślowy - mówił, ja nauczę się angielskiego, oni propozycję swoją wycofają, i zostanę wówczas jak ... (tu padło niecenzuralne słowo) z tym angielskim. Wnosić więc można, że nie znał on też rozwinięcia angielskiego skrótu powstałego już w latach 60-tych w USA, a obecnie nachalnie wciskanego w Unii Europejskiej - LGBT, czyli Lesbian, Gay, Bisexual, Transgender.  Po polsku oznacza to Lesbijki, Geje, Biseksualiści i Transseksualiści. Od niedawna do skrótu tego dodaje się litery Q oraz I - Queer i Intersexual, czyli osoby, które same mają problem z określeniem swojej płci (gender) i te, które rano czują się kobietami, a wieczorem mężczyznami. Przypomnieć wypada, że Papież Benedykt XVI, w imieniu Kościoła katolickiego powtórzył zdecydowane "nie" dla takich filozofii jak gender, określając ją mianem "groźnej ideologii".

Wielokrotnie zwracałem uwagę, że wbrew stanowisku Kościoła katolickiego i wbrew zdrowemu rozsądkowi, w bardzo wielu dokumentach głosowanych w Parlamencie Europejskim, nawet w minionym tygodniu, większość domaga się zagwarantowania praw i środków finansowych dla tych genderowych mniejszości, w Europie i na całym świecie. Sprzeciw wobec promocji LGBT, dla eurofanatyków jest bezdyskusyjnym dowodem ksenofobii, zacofania, łamaniem zasad demokracji, słowem antyeuropejskości. Wszyscy europejscy politycy winni więc pozwalać na parady LGBT, wspierać je oraz oczywiście w nich uczestniczyć. Jeszcze bardziej światli organizują w przedszkolach i szkołach nauczanie, ergo oswajanie z LGBT, a w uniwersytetach kierunki studiów LGBT, czyli gender, lansując tzw. płeć społeczną, kulturową.

Wyznawców tejże ideologii spotkała ostatnio przykra niespodzianka. Na Węgrzech, kraju Unii Europejskiej przecież, ogłoszono dekret o likwidacji studiów gender. W uzasadnieniu przedstawiciel węgierskiego rządu stwierdził, że "studia gender, tak samo jak marksizm i leninizm, można uznać bardziej za ideologię, niż za naukę". Wicepremier tego kraju powiedział, że samo pojęcie płci społecznej to "niedorzeczność", a tak w ogóle skoro nikt nie chce zatrudniać genderologów, to po co ich kształcić? Faktycznie, okazało się, że studiami gender na Węgrzech, gdzie mieszka 10 milionów ludzi, zainteresowana jest garstka, łącznie około 40 osób. Na Węgrzech studia magisterskie na tym kierunku oferują dwa uniwersytety, w tym jeden to Uniwersytet znanego miliardera George'a Sorosa. Jak wiadomo, premier Viktor Orbán, który podpisał "antygenderowy" dekret, jest od dłuższego czasu na ścieżce wojennej z Sorosem. Likwidacja gender nie jest jednak wyłącznie potyczką na tej wojnie, lecz realizacją zapowiedzi sprzed trzech lat partii Fidesz Viktora Orbána, która ogłosiła, że pod ich rządami Węgry odrzucą "genderowe szaleństwo". A dotknęło ono nie tylko Węgry oraz unijne instytucje, lecz także inne kraje członkowskie naszej schorowanej Unii. Kierunek ten wprowadzono na wielu polskich uniwersytetach.

Czy miast finansować ten dziwny kierunek m.in. z funduszy unijnych, czyli z naszych kieszeni, nie powinniśmy pójść drogą Węgier i go po prostu zlikwidować? Przypomnę, że przed paru laty wykład o gender pojawił się także w programie nowych studiów w jednym z katolickich uniwersytetów w Polsce, przeciwko czemu (swego czasu) głośno protestował biskup Wiesław Mering. Dyskusja przeniosła się na łamy prasy, katolickiej. Dużym echem (negatywnym) odbiła się też wśród Polonii w USA i Australii. Ostatecznie okazało się podobno, że nie ma odpowiedniej liczby chętnych. Oferta zniknęła, tak jak znika i znikać będzie na Węgrzech, miejmy nadzieję też, panie ministrze Gowin, że i w Polsce. Niewykluczone, że jej pomysłodawcy i propagatorzy pozostaną niebawem z gender, jak nie przymierzając wspomniany Jan Himilsbach, z językiem angielskim.

Mirosław Piotrowski