W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej informacji o wykorzystaniu plików cookies znajdą Państwo na stronie z regulaminem. zamknij

Ile warta jest Polska?

7 grudnia 2011

Ile warta jest Polska? Dla minionych pokoleń Polska stanowiła wartość bezcenną – niewymierną. Za Ojczyznę nie wahano się oddać nawet życia. Patrząc przez pryzmat patriotyzmu zabarwionego emocjami, dla wielu Polska była najlepszym miejscem na ziemi, co znajdowało odzwierciedlenie w haśle ubi patria, ibi bene oraz ubi bene, ibi patria (gdzie ojczyzna, tam dobrze, gdzie dobrze, tam ojczyzna). Byli oczywiście i tacy, których postawę trafnie określił znany pozytywista Aleksander Świętochowski: „jego ojczyzna wszędzie, gdzie on postawi swoje korytko”. Każde państwo ma wymierną siłę, którą da się określić (stypizować) w geografii politycznej i gospodarczej.

Znaczenie danego kraju wynikać może z jego potęgi strukturalnej i behawioralnej. Strukturalnej, czyli jego powierzchni – położenia, liczby ludności i zasobów naturalnych. oraz behawioralnej, czyli zdolności do odpowiednich zachowań – manewrów w zależności od politycznej sytuacji. Cechy te szczególnie zaczęły się liczyć po akcesji Polski do Unii Europejskiej. Niezmiernie ważnym czynnikiem stała się liczba ludności poszczególnych krajów Unii. Według tego wskaźnika sklasyfikowano poszczególne kraje, przyznając im odpowiednią siłę głosu. I tak na 27 krajów UE, Polska pod względem ludności plasuje się na szóstym miejscu po największym ludnościowo kraju – Niemczech), Wielkiej Brytanii, Francji, Włochach i Hiszpanii, co miało też odzwierciedlenie w liczbie głosów w Radzie Unii Europejskiej. W związku z powyższym, parytet ludnościowy decydował o przyznaniu Polsce 50 mandatów w wyborach bezpośrednich do Parlamentu Europejskiego Zgodnie z regulaminem PE, zabronione jest zrzeszanie się we frakcjach politycznych według klucza narodowego. Aby do tego nie dopuścić, do powstania grupy politycznej potrzeba jest co najmniej 25 posłów z przynajmniej 7 krajów. Jednak dwa razy większa liczba 50 polskich posłów, którzy spełniają pierwsze kryterium i tak nie może utworzyć własnej frakcji. Od ponad 7 lat funkcjonuje nielegalne Koło Polskie w PE, do którego nalezą wszyscy polscy posłowie i na którym uzgadnia się kluczowe zagadnienia i głosowania związane z naszym krajem. Koło to jest pewną formą obejścia przepisów PE. W tej kadencji posłowie polscy weszli w skład trzech różnych grup politycznych – największej Europejskiej Partii Ludowej (posłowie PO i PSL), socjalistycznej (posłowie SLD) i konserwatywnej (posłowie PiS). Teoretycznie rozważana była kwestia, czy ze względu na interes narodowy nie lepiej byłoby, aby 50 posłów polskich znalazło się w jednej frakcji, w pewien sposób ją dominując. Jest to nie tylko niemożliwe ze względu na różnice poglądów politycznych, ale także dlatego, że istniejący obecnie podział pozwala lepiej zmaksymalizować korzyści naszego kraju w kontekście behawioralnym, czyli manewru. W przypadku wysunięcia Polaka na szefa PE wszyscy posłowie polscy poparli tę kandydaturę w głosowaniu. Wybieranych jest też 14 wiceprzewodniczących i rozstawienie Polaków w trzech grupach powoduje, że aż trzech polskich posłów wystawionych z różnych grup politycznych ma szansę na objęcie stanowisk wiceprzewodniczących PE. Według tego klucza możliwe jest także przejęcie przez Polaków innych funkcji w PE, jak przewodniczących poszczególnych komisji oraz delegacji ds. kontaktów z innymi krajami. Gdy wchodziliśmy do UE obowiązywał Traktat z Nicei, na mocy którego Polska miała silną pozycję w strukturach unijnych. Obowiązywała także zasada jednomyślności, czyli każdy kraj mógł postawić veto i było ono respektowane. Wejście w życie Traktatu z Lizbony diametralnie pogorszyło sytuację Polski i polskich przedstawicieli w PE i innych unijnych instytucjach, gdyż nastąpiło odejście od jednomyślności i zredukowano wagę naszych głosów w Radzie Unii Europejskiej. Przeszliśmy do zasady tzw. podwójnej większości. Decyzje zapadają kwalifikowaną większością głosów tzn. potrzeba 55% krajów, których łączna liczba ludności wynosi co najmniej 65% ogólnej populacji UE wynoszącej ok. 500 milionów. Krótko mówiąc, przyjmując Traktat z Lizbony rząd zgodził się na znaczne obniżenie wartości naszego kraju. Oceny tej w żaden sposób nie może zmienić fakt, że na mocy wspomnianego traktatu, Polska uzyskała o jeden mandat do PE więcej.  Najgorsze jednak jest to, że Polska nie ma własnej strategii działań w zmienionej konfiguracji politycznej. Rząd Polski jest nakierowany wyłącznie na decyzje największych krajów i bezkrytycznie je afirmuje. Znalazło to odbicie w słynnym już berlińskim przemówieniu szefa polskiego MSZ Radosława Sikorskiego „mniej się obawiam niemieckiej siły, niż zaczynam bać się niemieckiej bezczynności”. Mowa ta przypomina wasala, który obawia się bezczynności swego pana. Przekładając język dyplomacji na normalny, minister nasz stwierdził, że lepiej, aby władca był duży i go kopał, aniżeli nic nie robił. Sikorski zachowuje się jak bohaterka z sienkiewiczowskiego Quo Vadis niewolnica Eunice wobec Petroniusza. Często chłostana i na końcu obdarowana wolnością, ostatecznie podcina sobie żyły wraz ze swoim panem. Niemcy to duży i poważny naród – cenią tych, którzy sami siebie cenią. Na finiszu polskiej prezydencji, w trakcie której polski premier i ministrowie byli wypraszani od stołu, gdzie zapadały najważniejsze decyzje, minister nasz zapewnia w styku epoki zaborów „przy Tobie, Najjaśniejszy Panie, stoimy i stać chcemy”. Kiedy zaczynamy zastanawiać się nad znaczeniem polskiej prezydencji myśli biegną w kierunku ostatnich lat II RP i prezydentury Ignacego Mościckiego, który po wejściu konstytucji kwietniowej z 1935 roku w zamian za zachowanie stanowiska godził się na obniżenie jego rangi. Niektórzy politycy podśpiewywali wówczas „tyle znacy, co Ignacy, a Ignacy nic nie znacy”. Słowo nic zastępował także innym. Czy już możemy tak zacząć nucić o polskiej prezydencji w Unii Europejskiej?

Mirosław Piotrowski, 4 grudnia 2011 r.