W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej informacji o wykorzystaniu plików cookies znajdą Państwo na stronie z regulaminem. zamknij

I po wyborach

2 czerwca 2019

 

I po wyborach..., europejskich. Trwały one w krajach Unii Europejskiej cztery dni. Od czwartku do niedzieli. W Polsce głosowaliśmy w niedzielę. W Holandii czy Wielkiej Brytanii wyborcy poszli do urn już w czwartek. W piątek głosowali Irlandczycy, a w sobotę Łotysze, Maltańczycy i Słowacy. Tym razem zainteresowanie wyborami do Parlamentu Europejskiego w Unii Europejskiej było o wiele większe niż pięć, dziesięć czy piętnaście lat temu. Powód to sytuacja kryzysowa w Europie, ale i sprawy krajowe. W Wielkiej Brytanii zwyciężyła Partia Brexit Nigela Farage'a. To już drugi raz, gdy formacja polityczna pod jego przywództwem zwycięża w wyborach europejskich w Wielkiej Brytanii, ale tym razem niemal znokautowała konkurentów. Od lat jej głównymi przeciwnikami byli konserwatyści, z których notabene wywodzi się wspomniany Nigel Farage. Brytyjscy torysi rządzący nad Tamizą uzyskali w tych wyborach tylko cztery mandaty. Poprzednio zdobyli ponad dwadzieścia. Nowa Partia Brexit Farage'a zdobyła 29 mandatów. Głos na nią oddało prawie 32% głosujących Brytyjczyków. Już sama nazwa Partii Brexit mówi czego domagają się jej zwolennicy. Opuścić jak najszybciej naszą Wspólnotę. We Francji wygrała formacja Marine Le Pen - Zjednoczenie Narodowe, wyprzedzając wprawdzie nieznacznie, ale zawsze partię Macrona En Marche. We Włoszech zwyciężyła Liga wicepremiera Matteo Salviniego, który nie ukrywa, że chce przemeblować Unię Europejską. Pytanie, z kim będzie to robił, pozostaje nadal otwarte. Wiadomo jednak, z kim trzeba będzie się zmierzyć. To euroentuzjaści, nazywani nawet eurofanatykami pokroju Fransa Timmermansa. Ten znany w Polsce polityk dostał się też do Parlamentu Europejskiego z Holandii, a jego partia nawet zwyciężyła otrzymując aż bodaj... 6 mandatów. To mały kraj więc i niewiele mandatów do podziału, a wspomniany Timmermans pewnie będzie w sojuszu formalnym lub nieformalnym z trzema europosłami wybranymi z listy Wiosna, europosłami SLD, socjaldemokratami z Niemiec, którzy ponieśli duże straty w tych wyborach oraz innymi socjaldemokratami. Ideologicznie wtórować im będą liberałowie pokroju Guya Verhofstadta, francuscy europosłowie z En Marche, a niewykluczone, że nawet niemieccy europosłowie z CDU/CSU Angeli Merkel. Szacowanie sił już trwa. W Polsce wybraliśmy 52 posłów do Parlamentu Europejskiego, choć do Brukseli i Strasburga pojedzie tylko 51. 26 wybranych z listy PiS będzie musiało ujawnić swe zamiary. Czy pozostają w obecnej formule grupy Europejskich Konserwatystów i Reformatorów, starając się przyłączyć innych po zdziesiątkowaniu Brytyjczyków, czy też utworzyć nową frakcję np. z Matteo Salvinim et consortes. Czy też może dołączyć do mainstreamowej grupy Europejskiej Partii Ludowej, gdzie już czekają przedstawiciele zawieszonego - zaprzyjaźnionego Fideszu Victora Orbána, oraz mniej życzliwi europosłowie z PO i PSL. Ta największa i najbardziej wpływowa grupa polityczna straciła w tych wyborach wielu swoich przedstawicieli, ale nadal z liczbą około 180-ciu pozostaje największą. Stracili też socjaliści, którzy obecnie będą mieli prawdopodobnie 140 kilka mandatów.

W zagranicznych mediach wielu komentatorów cieszy się, że swoisty unijny duopol się skończył. Dotychczas bowiem tzw. chadecy i socjaliści mieli w Parlamencie Europejskim większość. Sami decydowali o obsadzaniu najważniejszych unijnych stanowisk. Teraz brak im kilkudziesięciu europosłów do uzyskania większości. Z pewnością nietrudno będzie osiągnąć porozumienie z liberałami, którzy uzyskali dobry wynik i mają ponad stu europosłów. Liberałowie wcześniej pozostawali w tajnym sojuszu z dwiema największymi frakcjami, co notabene ujawnił dwa i pół roku temu szef grupy EPP Manfred Weber (obecnie kandydat na przewodniczącego KE). Zaraz za nimi plasują się Zieloni, również odnotowujący wzrost poparcia. Biorąc pod uwagę formalnie istniejące w Parlamencie grupy polityczne frakcja Europejskich Konserwatystów i Reformatów, do której należy PiS i brytyjscy torysi, powinna dopiero znaleźć się na piątym a może nawet szóstym miejscu - spadek z trzeciego, a za nią lub przed nią grupa Nigela Farage'a oraz Europa Narodów i Wolności z Marine Le Pen i Matteo Salvinim. Różnice między tymi grupami są minimalne. Przyłączenie się kilku pojedynczych europosłów może stanowić o zmianie pozycji na tej swoistej drabince. Teoretycznie rzecz ujmując, gdyby doszło do porozumienia pomiędzy EKR-em, czyli PiS-em a Farage'em, Le Pen i Salvinim mogliby oni stworzyć drugą co do wielkości grupę w Parlamencie Europejskim, a nawet zagrozić największej. Mało kto się jednak tego spodziewa. Wszystkie brukselskie sojusze podporządkowane są bowiem wyborom krajowym w poszczególnych państwach Unii Europejskiej. Niebawem spodziewane są w Wielkiej Brytanii, a także w Polsce. Słowem, znów wybory, ale czy to naprawdę musi oznaczać zgodę na ciągłe trwanie skostniałego, komunistycznego, antychrześcijańskiego unijnego układu?

Mirosław Piotrowski