W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej informacji o wykorzystaniu plików cookies znajdą Państwo na stronie z regulaminem. zamknij

Historia

20 maja 2012

Profesor Mirosław Piotrowski komentuje inicjatywę powstania Domu Historii Europejskiej w Brukseli. Europoseł krytycznie odnosi się również do działań polskiego rządu zmierzających do odcięcia młodzieży od wiedzy historycznej.

Z inicjatywy byłego przewodniczącego Parlamentu Europejskiego Hansa Gerta Poetteringa powstaje w Brukseli przy Parlamencie Europejskim Dom Historii Europejskiej. Nie dziwi więc, że większość eurodeputowanych, zarówno w wypowiedziach publicznych i kuluarowych, projekt ten nazywa „dzieckiem Poetteringa”. Otwarcie Domu Historii Europejskiej przewidziano za dwa lata, czyli w 2014 roku, a jego budżet do 2015 roku wynosi 56 milionów euro.  Roczny koszt utrzymania oszacowano na 12 milionów euro. Powołano Radę Naukową, na której czele stanął profesor Włodzimierz Borodziej z Uniwersytetu Warszawskiego, a w jej skład wszedł również były europoseł, profesor Wojciech Roszkowski, który od początku zgłaszał liczne zastrzeżenia merytoryczne wobec tego projektu. Zastrzeżenia te dotyczą ukazania w Domu Historii Europejskiej roli Polski w dziejach Europy. W założonej koncepcji tego projektu, na przykład pominięto całkowicie wojnę bolszewicką oraz bitwę pod Wiedniem – bez wątpienia wydarzenia, które miały kolosalny wpływ na całą historię Europy, a także pominięto znaczenie ruchu oporu Polaków podczas drugiej wojny światowej, jak również wkład Papieża Jana Pawła II w upadek komunizmu. Główny nacisk kładzie się na historię XX wieku, gdyż inicjatorzy określają ten dom „pomnikiem swojego pokolenia”. Wielu polityków, w tym brytyjscy konserwatyści w Parlamencie Europejskim, podważają samą ideę tworzenia takiego muzeum. Trudno bowiem sztucznie ujednolicać i standaryzować historyczne wydarzenia. Sam fakt takiej inicjatywy, myślę tu o Domu Historii Europejskiej, a także plany wydania ujednoliconego podręcznika historii, świadczą o roli, jaką przedmiot ten, nazywany nauczycielką życia, odgrywa na poziomie Unii Europejskiej. W tym samym czasie w Polsce obserwujemy świadome i celowe działania zmierzające do drastycznego odcięcia młodzieży od wiedzy historycznej, szczególnie dwudziestego wieku. Dzieje się to pod przykrywką reformy programów nauczania. W liceum nauczanie historii kończy się w pierwszej klasie, a w gimnazjum program obejmuje historię tylko do pierwszej wojny światowej i uczniowie, którzy wybiorą technika w ogóle nie będą mieli możliwości zapoznania się z historią współczesną. W konsekwencji redukcji godzin pracę mogą stracić tysiące nauczycieli. Zdaniem lubelskich radnych w przyszłym roku tylko na Lubelszczyźnie zwolnienia obejmą ok. trzystu nauczycieli historii. Niepokoi też oficjalne przywracanie symboli i nazwisk z ustroju słusznie minionego, czyli komunizmu, jak chociażby powrót Lenina na bramę stoczni gdańskiej.
Z jednej strony działania rządu premiera Donalda Tuska, a konkretnie Ministerstwa Edukacji Narodowej, na pozór idą w poprzek tendencjom Unii Europejskiej – projektu, który wyszedł z Parlamentu Europejskiego, z drugiej jednak mogą być odczytane jako wyraz niekorzystnego dla Polski wsparcia programowego dla wewnętrznych regulacji lansowanych przez europejskich decydentów.  Istnieje obawa, że historia jako przedmiot nauczania i dyscyplina naukowa zatraci walor badawczy i edukacyjny, a zamiast tego stanie się groźnym instrumentem współczesnych politycznych batalii.

M. Piotrowski