W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej informacji o wykorzystaniu plików cookies znajdą Państwo na stronie z regulaminem. zamknij

Eurowaluta

13 stycznia 2013

Pierwszy w nowym roku cykliczny felieton prof. Mirosława Piotrowskiego. Europoseł wypowiada się sceptycznie na temat planów wprowadzenia waluty euro w Polsce.

Nowy rok premier Polski rozpoczął zapowiedzią budowy koalicji dla eurowaluty. Już pod koniec ubiegłego roku stwierdził, że realną datą na wprowadzenie euro w Polsce jest rok 2018. Nie jest to pierwsza zapowiedź Donalda Tuska, w której przesuwa on datę wprowadzenia euro. Cztery lata temu premier zapowiedział, że Polska przyjmie euro w 2011 roku. Mówił wówczas: „Dzisiaj możemy odpowiedzialnie powiedzieć, że naszym celem jest rok 2011″. Nieco później odsunął już tę datę do 2012 roku, czyli sławne euro na mistrzostwa Euro 2012. Trzy lata temu zapowiedział przyjęcie euro w 2015 roku.
W następnych dwóch latach mówił już tylko o odpowiednim momencie. Rok temu po rozmowie z Donaldem Tuskiem przewodniczący Parlamentu Europejskiego Martin Schulz ujawnił: „Premier Polski zdeklarował jasno, że chce przyłączyć się do strefy euro do 2015 roku”. Skonfudowany premier dementował: „wyraziłem się nieprecyzyjnie”. Tym razem precyzyjnie wskazuje rok 2018. Czy jest to realne, a przede wszystkim dla Polaków korzystne? Wprawdzie 10 lat temu decydując się na wejście do Unii Europejskiej Polska zobowiązała się przyjąć euro, ale bez określenia konkretnej daty. Teoretycznie może to więc nastąpić za sto lat, zakładając, że wówczas Unia Europejska będzie jeszcze istnieć. Od czasu referendum akcesyjnego zarówno strefa euro, jak i Unia diametralnie się zmieniły. Unia nie wywiązuje się wobec Polski ze wszystkich złożonych deklaracji i obietnic, np. zrównania dopłat bezpośrednich dla rolników. Pomijając fakt, że Polska w chwili obecnej nie spełnia ekonomicznych kryteriów wejścia do strefy euro, to polskiej złotówki nie można zastąpić walutą euro bez wcześniejszej zmiany konstytucji, a przede wszystkim artykułu 227, który stanowi, że „centralnym bankiem państwa jest Narodowy Bank Polski. Przysługuje mu wyłączne prawo emisji pieniądza oraz ustalania i realizowania polityki pieniężnej. Narodowy Bank Polski odpowiada za wartość polskiego pieniądza”. Do zmiany konstytucji potrzeba dwóch trzecich głosów w polskim Sejmie. Nie godzą się na to prawicowe partie opozycyjne. Bez ich poparcia konstytucji nie da się zmienić, co oznacza, że przynajmniej do następnych wyborów parlamentarnych w 2015 roku wprowadzenie w Polsce waluty euro to temat wirtualny. Dlaczego politycy prawicowi sprzeciwiają się wprowadzeniu euro? Zdaniem na przykład Andrzeja Sadowskiego, eksperta z Centrum im. Adama Smitha „gospodarki krajów, które przyjęły europejską walutę przestały się rozwijać, a obywatele tych krajów wcale się przez to nie wzbogacili, tylko – jak pokazała praktyka zaokrąglania cen – raczej stracili”. Opinię tę potwierdzają obywatele, np. Niemiec i Słowacji, gdzie po wprowadzeniu euro wyraźnie zdrożały artykuły codziennego użytku. Dostrzegają to również Polacy – w Polsce przeciwko euro opowiada się 62% obywateli, a niespełna 30% jest za wprowadzeniem tej waluty. Powoli w mediach przewijają się informacje, że przyjmując euro musielibyśmy z własnej kieszeni ratować unijne bankrutujące państwa. Obliczono, że na pomoc tę musielibyśmy oddać jedną trzecią wszystkich funduszy strukturalnych, jakie mamy otrzymać z Unii do 2020 roku. W tym kontekście nie można się dziwić, że Niemcom – największemu płatnikowi netto w Unii – zależy, by Polska jak najszybciej znalazła się w strefie euro, gdyż, jak ujął to jeden z ekonomistów, „poszukują nowych płatników starych długów w strefie euro”. Pięciomilionową Słowację dotychczasowa pomoc bankrutującym krajom strefy euro kosztowała 10 miliardów euro. Polska prawdopodobnie zapłaciłaby osiem razy więcej. Inne kraje nie spieszą się z przyjęciem euro. W Danii pomysł ten zyskuje poparcie jedynie 12% obywateli, a w Szwecji tylko 10%. Niemal 70% Hiszpanów uważa, że przyjęcie euro było złym lub mało korzystnym dla kraju posunięciem. Niemieckie gazety donoszą o „tęsknocie Niemców za narodową walutą”. W znanym niemieckim tygodniku napisano: „coraz więcej Niemców zdaje sobie sprawę, ze wprowadzenie 10 lat temu wspólnej waluty było błędem, a politycy okazali się zbyt łatwowierni”. Ostatnie sondaże w Niemczech dowodzą, że ponad połowa obywateli chciałaby wrócić do niemieckiej marki. W jednej z bawarskich miejscowości wprowadzono lokalne pieniądze chiemgauery, które będą mogły stać się oficjalną walutą po przewidywanym upadku euro. Hiszpanie na wypadek rozpadu strefy euro, nadal przechowują pesety, które można jeszcze wymieniać na euro. Nastroje przeciwne euro obserwujemy także w Holandii, gdzie w ubiegłym roku premier Mark Rutte opowiedział się za zmianą unijnych traktatów umożliwiających wyjście ze strefy euro krajom, które by tego chciały, bez konieczności równoczesnego wystąpienia z Unii. W Finlandii, jak ujawnił minister spraw zagranicznych tego kraju, przygotowano nawet plan operacyjny na wypadek rozpadu strefy euro.  Nie przejmuje się tym jednak nasz premier. Być może jego wizja waluty euro zatrzymała się dziesięć lat temu na poziomie referendum akcesyjnego, ale panta rhei – wszystko płynie, jak statek w filmie Rejs Marka Piwowskiego. Tam na pokładzie jeden z uczestników zebrania, być może już wtedy wczuwając się w obecną sytuację szefa polskiego rządu, mówił: „mając na uwadze, że ewentualna krytyka może być, tak musimy zrobić, żeby tej krytyki nie było. Tylko aplauz i zaakceptowanie”.

M. Piotrowski