W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej informacji o wykorzystaniu plików cookies znajdą Państwo na stronie z regulaminem. zamknij

Europejscy komisarze

12 października 2014

Głównym tematem, który od kilku tygodni rozpala nie tylko posłów do Parlamentu Europejskiego, ale także europejskie media, jest formowanie składu nowej
Komisji Europejskiej. Obecnie Komisja składa się z przewodniczącego i
27 komisarzy.  Ich liczba zależy od tego, ile państw członkowskich jest w Unii. Nazewnictwo: Komisja, komisarze, komitety, Rady, jako żywo przypomina terminologię Kraju Rad, czyli Związku Radzieckiego.

W Unii Europejskiej każde państwo członkowskie ma prawo zgłosić jednego komisarza, którego kompetencje - teka - uzgadniana jest wcześniej w Radzie Europejskiej. Po konsultacji z przewodniczącym Komisji, kandydaci muszą zostać zatwierdzeni przez Parlament Europejski. Akt ten poprzedzają "przesłuchania" kandydata na komisarza w odpowiednich komisjach Parlamentu.
Większość europosłów podchodzi do nich niezwykle poważnie, choć de facto przypisuje im się zbyt wielkie znaczenie. Przepytujemy poszczególnych kandydatów, ale i tak głosować możemy tylko na wszystkich łącznie. Nie ma więc większego znaczenia, jak kandydat się zaprezentuje. Oczywiście Parlament może próbować wymusić na kraju członkowskim wymianę kandydata, lub zmianę przydzielonej teki, grożąc, że w przeciwnym wypadku odrzuci skład całej Komisji.

Przepytując kandydatów na komisarzy, europosłowie kierują się dwoma, często wykluczającymi się kryteriami. Jedno to polityczne, czyli przeszłość kandydata i przynależność do różnych formacji, a drugie merytoryczne, czyli badanie jego kompetencji. W dwudziestu ośmiu krajach są różne rządy - lewicowe, konserwatywne, liberalne - dlatego zgłoszeni kandydaci są także różni. Zawsze więc można rozgrywać ich politycznie, zarzucając, np. że nie są merytoryczni.
Jeśli przepytywany kandydat nie chce mieć problemów, powinien być niekontrowersyjny, czyli formułować wieloznaczne komunały. Wówczas trudno się do niego  przyczepić. Słyszymy np, że "należy dążyć do pogłębienia integracji w okresie średnioterminowym w aspekcie horyzontalnym", albo że historia euro to historia sukcesu, itp.

Idzie zatem bardziej o stworzenie dobrego wrażenia, które to wrażenie oceniają także zachodni dziennikarze. W opublikowanym przez nich rankingu, polska kandydatka na komisarza Elżbieta Bieńkowska, wypadła niestety najgorzej, czyli zajęła zaszczytne ostatnie dwudzieste siódme miejsce. Jak czytamy w uzasadnieniu, eksperci dramatycznie nisko ocenili m.in. jej talent polityczny i wiarygodność. Podkreślili także brak ogólnej spójności w jej wypowiedziach.
Ich ocena okazała się rażąco rozbieżna z oceną formułowaną w prorządowych polskich mediach, które piały z zachwytu, jak wspaniale wypadła nasza kandydatka. Ostatecznie nie znalazła się ona w gronie tzw. pięciu zagrożonych komisarzy. Decydują bowiem względy polityczne, czyli domówienie się liderów dwóch największych grup politycznych - chadeków i socjalistów, a do tych pierwszych należy Platforma Obywatelska. Notabene nie pierwszy to już raz, bo pięć lat temu, po przesłuchaniach kandydatów na komisarzy, okazało się, że najsłabiej wypadła kandydatka na szefową unijnej dyplomacji Catherine Ashton. Kompletnie nie orientowała się np. w kwestiach polityki wschodniej Unii Europejskiej. Nie przeszkodziło to jej z łatwością uzyskać zdecydowaną większość głosów. Krytycy zostali wyciszeni i spacyfikowani. Zdominowały gabinetowe międzyrządowe ustalenia, którym podporządkowali się posłowie z poszczególnych krajów.

Ostatecznie, jak wspomniałem, i tak wszystkie kandydatury głosowane są w jednym worku i w trybie tajnym. Ewentualny stres przesłuchiwanych komisarzy być może wynagrodzi im satysfakcja z możliwości zmieniania sztucznego unijnego świata, a może pensja w wysokości osiemdziesięciu tysięcy złotych miesięcznie?
Niemal wszyscy komisarze deklarują przybliżenie Unii do obywatela.
Najpierw jednak należałoby poznać problemy zwykłego obywatela. Chyba, że przyszli komisarze będą kierowali się znaną maksymą Karola Marksa, że nie idzie o to, aby poznawać świat, ale aby go zmieniać.

Mirosław Piotrowski