W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej informacji o wykorzystaniu plików cookies znajdą Państwo na stronie z regulaminem. zamknij

Dyplomacja 2018

11 marca 2018

 

„Czy polska dyplomacja jeszcze istnieje?” - pytał mnie mój dobry znajomy od lat głosujący na prawicę. Pytał z troską, nie z uszczypliwością. Odpowiedź musiałem podzielić na dwie części. Dyplomacja polska oczywiście istnieje z technicznego punktu widzenia. Mamy Ministerstwo Spraw Zagranicznych, ambasady i konsulaty na całym świecie, a od stycznia tego roku, nowego ministra spraw zagranicznych. Jeśli zaś idzie o aktywność polskiej dyplomacji, to już część druga.  Faktycznie, podobnie jak pytający, z trudem poszukuję śladów jej aktywności, a zwłaszcza efektów. Dyplomacja jest szczególnym instrumentem polityki zagranicznej, znanym od tysięcy lat. Głównym jej celem było: rozpoznawać, informować i zapobiegać, a niezbędną cechą dyplomacji jest zręczność. Podobno brakowało jej byłemu ministrowi spraw zagranicznych, którego działania przyrównywano do nieostrożnego poruszania się w składzie porcelany. Jeśli istotnie tak było, to jak określić dyplomatyczną zręczność nowego szefa MSZ i ludzi z jego resortu? Miało być znacznie lepiej, ale już dwa miesiące po wyborze nowej ekipy, czyli tzw. jeszcze lepszej zmianie, politycy i dziennikarze, którzy wcześniej ostro krytykowali byłego ministra spraw zagranicznych, teraz szczerze tęsknią za Witoldem Waszczykowskim.

Zakładany reset z Unią Europejską nie nastąpił.  W rozstrzygniętym niedawno konkursie w Brukseli polskiemu MSZ-owi nie udało się wprowadzić żadnego Polaka na stanowisko w unijnych ambasadach. Powiodło się za to dyplomatom z Rumunii, Estonii i Łotwy.

Nie kwestionując kierunku polskiej polityki zagranicznej, jeśli taka oczywiście istnieje, jak również polityki historycznej, wielu wskazuje, że otwartego konfliktu z Izraelem i nieporozumień ze Stanami Zjednoczonymi można było uniknąć, czyli do nich nie dopuścić. Od tego jest właśnie dyplomacja i dyplomaci. Okazuje się, że zagraniczni dyplomaci od dawna byli na tym polu aktywni, ale podobno komunikacja między polskimi ministrami i ministerstwami pozostawiała wiele do życzenia. Jeśli bardzo ważne noty dyplomatyczne z jednego ministerstwa do drugiego, oddalonego notabene o jeden strzał z łuku, idą tydzień, to nic dziwnego, że wielu polskim obywatelom, niezorientowanym w szczegółowych meandrach dyplomatycznych, ręce opadają wzdłuż nogawek. O ile można jeszcze zrozumieć, że polski MSZ ma problemy z komunikowaniem się z zagranicznymi odpowiednikami, to doprawdy trudno komentować rozejście się jego polityki z przekazem własnej formacji politycznej. Idzie na przykład o relacje z Niemcami.

Pod koniec ubiegłego roku prezes rządzącej partii określił reparacje wojenne od Niemiec jako „całkowicie poważne żądanie”, a już w styczniu nowy minister spraw zagranicznych Polski tuż przed oficjalną wizytą w Berlinie stwierdził, że „reparacje wojenne nie są problemem” i że „w relacjach między naszymi rządami ten temat nie istnieje”. Czy Niemcy przekaz ten odczytują wyłącznie jako kakofonię? Nie sądzę. Więcej, wykorzystują dalsze wypowiedzi naszego ministra, czyli szefa MSZ-u, który zachęcił niemieckie media, aby zabierały głos w sprawie konkretnych kwot, jakie Polska kiedykolwiek otrzymała. Nie trzeba było długo czekać. Znany tygodnik „Der Spiegel” napisał, że kraj nasz już otrzymał „jedną szóstą niemieckich odszkodowań dla zagranicznych ofiar narodowego socjalizmu”. Powołał się przy okazji na polskiego i niemieckiego historyka. Czy apel szefa polskiego MSZ-u był do końca przemyślany? Ale zostawmy kierunek zachodni.

Podczas spotkań z wyborcami w moim regionie zadawano mi wiele pytań na temat relacji z Ukrainą. Ludzi poważnie niepokoi eskalacja antypolskich nastrojów na Ukrainie. W kontekście niedawnego upamiętniania Stepana Bandery i UPA oraz nacjonalistycznych antypolskich demonstracji na Ukrainie, jak również sugestii, że Józef Piłsudski był zbrodniarzem, Polacy, zwłaszcza na Lubelszczyźnie i Podkarpaciu, dziwią się, że nie ma adekwatnej reakcji dyplomatycznej ze strony Polski. Co więcej, w tym samym czasie władze nasze podejmują decyzję o udzieleniu pomocy Ukrainie poprzez awaryjnie dostarczenie gazu, gdyż kurek przykręcili Ukraińcom Rosjanie. Niektórych naiwnie cieszy, że mogą wykazać się solidarnością energetyczną z Ukrainą. A w moich uszach nadal dźwięczy wcześniej zadane pytanie, gdzie jest polska dyplomacja i czy ona w ogóle istnieje?

Mirosław Piotrowski