W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej informacji o wykorzystaniu plików cookies znajdą Państwo na stronie z regulaminem. zamknij

Deficyt

24 lutego 2013

Negocjacje polskiego rządu ws. budżetu UE na lata 2014−2020 – sukces czy porażka?

„Dla mnie to jeden z najszczęśliwszych dni w moim życiu” – oznajmił premier Donald Tusk po zaakceptowaniu przez Radę Europejską budżetu Unii Europejskiej na lata 2014−2020. Polska otrzymała najwięcej. Fundusz spójności w wysokości ponad 300 miliardów złotych (prawie 73 miliardy euro) to akurat tyle, ile Platforma obiecywała w kampanii wyborczej. Obniżone kwoty na rolnictwo nie zepsuły nastroju triumfu. Jak można było się nie cieszyć? Powoli jednak okazuje się, że polskie elity rządzące, żeby użyć angielskiego określenia they are economical with the truth. – oszczędnie gospodarują prawdą. Mieliśmy i mamy do czynienia nie tylko z deficytem informacji, ale i lekką manipulacją. Okazuje się bowiem, że ogłoszona przez premiera spora suma, łącznie ponad 100 miliardów euro rzekomo przeznaczona dla Polski w nowym budżecie Unii nie została nigdzie zapisana. Podane kwoty to tylko wyliczenia polskiego rządu. Czy okażą się one prawdziwe? Wielu ma co do tego wątpliwości. Najwięcej obaw dotyczy deficytu całego budżetu Unii Europejskiej. Zobowiązania finansowe budżetu całej Unii w przyszłej siedmiolatce określono na 960 miliardów euro, a konkretne wpłaty na 908 miliardów. Brakuje więc pięćdziesięciu dwóch miliardów euro, czyli ponad dwustu miliardów złotych na domknięcie całego budżetu. Nikt nie mówi, kto będzie musiał pokryć ten deficyt. Polscy europosłowie obawiają się, że przynajmniej 10 miliardów euro obciąży dodatkowo polskiego podatnika. Odejmując tę kwotę od rzekomo przyznanych Polsce sum okazałoby się, że rządząca Platforma Obywatelska nie miałaby już takich powodów do radości. Mało kto zwraca uwagę na fakt, że choć teoretycznie cała Polska jako największy kraj spośród nowych państw członkowskich Unii jest jednocześnie największym beneficjentem funduszu spójności en bloc, ale w przeliczeniu tych kwot na jednego mieszkańca okazuje się, że więcej środków otrzymają inne kraje, takie jak Litwa, Słowacja, Estonia, Węgry i Malta. Według wyliczeń niektórych politologów i ekonomistów Litwie przypadnie na jednego mieszkańca blisko trzy piąte więcej niż Polsce. Polski rząd nie poinformował obywateli, na jakich warunkach będzie można skorzystać z funduszu spójności i jaki na przykład trzeba będzie mieć wkład własny. Wiemy, że obniżono limit absorpcji funduszu z 4 na dwa i pół procent w stosunku do PKB, co jest mniej korzystne dla Polski. Biorąc pod uwagę rosnącą inflację, za przyznane fundusze będzie można kupić o 10% mniej niż w poprzedniej siedmiolatce. Dodatkowo wzrasta składka członkowska Polski do budżetu Unii Europejskiej. W obecnej perspektywie finansowej płaciliśmy około 2 miliardy 400 milionów euro rocznie, a w zbliżającym się siedmioletnim okresie, około trzy miliardy osiemset milionów euro. To znaczy, że łącznie do unijnej kasy będziemy musieli wpłacić ponad 10 miliardów euro więcej. Jest to swoista kara za lepsze wyniki gospodarcze Polski w porównaniu z innymi krajami Unii. Wysokość naszej składki opiera się na rządowych prognozach, a niektórzy eksperci i politycy oskarżają rząd, że te prognozy celowo zawyża i dlatego musimy wpłacać więcej do budżetu Unii. Ustalony budżet Unii musi obowiązkowo zatwierdzić Parlament Europejski. Jeśli tego nie zrobi, trafi on do kosza. Jest to jedna z nielicznych sztywnych prerogatyw naszej Izby. Wielu europosłów otwarcie krytykuje ten budżet, że jest zbyt mało ambitny, czyli po raz pierwszy mniejszy niż w latach ubiegłych, za brak funduszy na innowacje i za to, że ugruntowuje skostniały porządek w Unii. Porządek gospodarczy, ale przede wszystkim instytucjonalny, czyli zależność pomiędzy Radą Europejską, Komisją i Parlamentem, daleko odbiega od klasycznego monteskiuszowskiego trójpodziału władz. Określany jest on w literaturze fachowej jako „deficyt demokracji”. Niebawem okaże się, czy zarówno wspomniany deficyt gospodarczy, jaki i deficyt budżetowy oraz deficyt demokracji zaowocują konsensusem – to jest szczęściem, którym epatował polski premier, czy też pogłębią podział wśród państw członkowskich Unii Europejskiej.

M. Piotrowski