W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej informacji o wykorzystaniu plików cookies znajdą Państwo na stronie z regulaminem. zamknij

Wygrała kobieta?

14 maja 2017

Tuż przed drugą turą wyborów prezydenckich we Francji, w trakcie debaty telewizyjnej Marine Le Pen z Emmanuelem Macronem, kandydatka Frontu Narodowego wypaliła: Bez względu na rezultat głosowania, wybory prezydenckie we Francji wygra kobieta, albo będę to ja, albo Angela Merkel. W dalszej części nie stroniła także od aluzji, jak choćby nawiązując do żony, a wcześniej nauczycielki Macrona, starszej od niego o prawie ćwierć wieku. A więc jednak kobiety, kobiety w polityce. Jakoś tym razem akurat wątek feministyczny umknął prounijnym wyznawcom ochoczo wspierającym mężczyznę, socjalistę i maoistę, czyli Macrona.

Można by zapytać, a co z parytetami, europejskimi standardami, równością płci? Wprawdzie w Wielkiej Brytanii premierem jest kobieta Theresa May, w Polsce także kobieta Beata Szydło, a na Litwie prezydentem jest Dalia Grybauskaitė, więc gdyby tak we Francji wygrała Marine Le Pen, parytet kobiet w Radzie Europejskiej wyraźnie by się podniósł. A tak, na dwudziestu ośmiu szefów rządów i głów państw Unii Europejskiej, tylko cztery to kobiety. To zaledwie 14% całego gremium, któremu przewodzi także mężczyzna o pięknym  imieniu, Donald. Ale, ale ... jego także, podobnie jak Macrona, wspierała kanclerz Niemiec. Trzeba przyznać, że ma ona rękę do tych mężczyzn, szczerych Europejczyków zresztą. Wcześniej pani kanclerz świetnie dogadywała się z premierem Wielkiej Brytanii Davidem Cameronem, mężczyzną przecież, ale zastąpiła go niepokorna kobieta, która teraz realizuje "Brexit". Gdyby wygrała Le Pen, niechybnie realizowałaby "Frexit", czego panicznie bały się tzw. unijne elity.

Wobec takiego zagrożenia warto chyba przymknąć powiekę na lansowane dotychczas w Unii Europejskiej parytety. Dąży się bowiem, co zapisane jest w większości unijnych dokumentów, do wyrównywania we wszystkich instytucjach proporcji kobiet i mężczyzn. Okazuje się jednak, że teoria sobie, a praktyka również sobie. Popatrzmy chociażby na nasze najważniejsze brukselskie instytucje. Na ich czele stoją sami mężczyźni. Szefem Komisji Europejskiej jest Jean-Claude Juncker, Rady Europejskiej Donald Tusk, a naszego Parlamentu Europejskiego Antonio Tajani. Co osobliwe, wszyscy oni cieszą się poparciem najbardziej wpływowej kobiety w Unii Europejskiej - kanclerz Niemiec Angeli Merkel. Od dawna nazywana jest ona "matką chrzestną" Europy, a książkę o niej, wydaną po niemiecku, zatytułowano „Die Patin”, czyli „Matka chrzestna”. Na okładce polskiego wydania tejże książki znajduje się zdjęcie Angeli Merkel, którą Donald Tusk całuje w rękę. Podejrzewam, że inni unijni politycy czynią podobnie, ale bardziej skrycie. Oczywiście można to odczytywać jako szacunek wobec kobiet.

Inaczej jednak do kwestii tej podchodzi prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump, który podczas oficjalnego spotkania z Angelą Merkel w Waszyngtonie odmówił nawet podania jej ręki do zdjęcia. Wyraźnie więc wpływy matki chrzestnej nie sięgają poza ocean. W Europie jednak trzyma się ona mocno, choć w zbliżających się wyborach w Niemczech ma wyrazistego kontrkandydata. Jest nim były szef Parlamentu Europejskiego, socjalista Martin Schulz - mężczyzna. Walczy on dzielnie, choć ostatnio nieco wyhamował, ale nic nie jest jeszcze przesądzone. Tak, że dopiero po wrześniowych wyborach do Bundestagu i wyborze kanclerza będziemy mogli ostatecznie stwierdzić, czy w Europie wygrała kobieta.

prof. Mirosław Piotrowski, europoseł