W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej informacji o wykorzystaniu plików cookies znajdą Państwo na stronie z regulaminem. zamknij

Unia bez celu

10 lutego 2017

Felieton prof. Mirosława Piotrowskiego pt. Unia bez celu opublikowany w Tygodniku Katolickim Niedziela

 Foto: Tygodnik Katolicki Niedziela [unia_bez_celu.jpg]

Dotychczas Unia Europejska zawsze o coś walczyła. Miała cel. Niekoniecznie mądry, ale miała. Cel się zmieniał, ulegał modyfikacji, ale był. Po wejściu Polski do Unii w 2004 roku, najważniejszym celem była Eurokonstytucja, czyli używając języka oficjalnego, przyjęcie i ratyfikowanie „Traktatu ustanawiającego konstytucję dla Europy”. Projekt ten jednak padł w referendach we Francji i w Holandii w 2005 roku. Zanim unijni kreatorzy celów zdążyli wyjść z szoku, okazało się, że przyjęta w 2000 roku Strategia Lizbońska nie ma szans na powodzenie. Skrojono ją na dziesięć lat, ale już na półmetku, czyli w 2005 roku, przybył do Parlamentu Europejskiego ówczesny szef Komisji Europejskiej Jose Manuel Barroso, oświadczając, że cel niestety nie zostanie osiągnięty. Przypomnę, że chodziło o gospodarcze dogonienie, a nawet prześcignięcie Stanów Zjednoczonych przez UE. Modyfikacja celów także niewiele dała i w 2010 roku Strategia Lizbońska zakończyła się kompletnym fiaskiem. Od 2006 roku nowym celem stało się przerobienie Eurokonstytucji i podanie jej w formie Traktatu Lizbońskiego. Ostatecznie ratyfikowany został on w grudniu 2009 roku, ale już niebawem okazało się, że jest mało aktualny. Kanclerz Niemiec Angela Merkel do niedawna jeszcze mówiła o konieczności przyjęcia nowej konstytucji, ale sprawa przycichła. Od momentu wejścia Polski do Unii karmieni byliśmy ideologią tzw. globalnego ocieplenia (global warming). Celem więc było obniżenie przez kraje europejskie emisji dwutlenku węgla do atmosfery. Unijni decydenci doskonale zdawali sobie sprawę, że same nasze działania niewiele dadzą, ale, jak twierdził pan Barroso, „chcieliśmy dać przykład innym krajom na świecie”. Nie zważano przy tym na ogromne koszty gospodarcze. Szef Komisji Europejskiej zapewniał, ze pierwsze efekty naszych działań będą widoczne dopiero za sto lat. Również i z tego celu Unia zaczęła wycofywać się rakiem. Nastąpiło to w wyniku kryzysu gospodarczego w Grecji, który o mało nie zachwiał finansami całej Unii. Jeszcze do niedawna unijni liderzy stawali w awangardzie walki ze zmianami klimatu (climate change), będącej mutacją walki z globalnym ociepleniem, a także specyficzną ochroną, wręcz promocją tzw. mniejszości seksualnych, czyli LGBTI. Jednakże nowowybrany prezydent USA Donald Trump ogłosił, że jego kraj wycofa się z wcześniejszych porozumień klimatycznych, przez co unijne cele klimatyczne staną się bezprzedmiotowe. Podobnie rzecz ma się z umowami bilateralnymi, jak Partnerstwo Trans-Pacyficzne i umowa transatlantycka TTIP. Ta ostatnia miała być sztandarowym celem w obecnej kadencji Parlamentu Europejskiego. Tak więc wszystkie po kolei unijne cele upadają, a najważniejszym wydarzeniem okazać się może wyjście Wielkiej Brytanii z Unii. Donald Trump oczekuje, że przykład brytyjski pociągnie innych. Chcąc temu zapobiec, unijni decydenci podpisują wzajemne porozumienia, których celem jest wspólna obrona przed „nacjonalistami i populistami”. To jednak tylko akcja defensywna. Po raz pierwszy na horyzoncie Unii nie widać pozytywnego celu, a to pachnie już dekadentyzmem, a może czymś więcej?

 

Mirosław Piotrowski