W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej informacji o wykorzystaniu plików cookies znajdą Państwo na stronie z regulaminem. zamknij

Referendum i wybory

11 grudnia 2016

Zakończyły się wybory prezydenckie w Austrii i referendum konstytucyjne we Włoszech. Te z pozoru dwa diametralnie różne wydarzenia pilnie obserwowane były przez polityków Unii Europejskiej. Zarówno oni, jak i zwykli obywatele postrzegali je w kategoriach plebiscytu - za, czy przeciw Unii Europejskiej? W Austrii wygrał Alexander Van der Bellen, określany jako kandydat niezależny, choć powszechnie wiadomo, że był politykiem Partii Zielonych i zwolennikiem tak zwanej integracji.
Po wygranej dumnie twierdził, że „można wygrać wybory z proeuropejskim przesłaniem”. Jego kontrkandydat Norbert Hofer opowiadał się za zaostrzeniem polityki imigracyjnej, a sam przed laty głosował przeciwko wejściu Austrii do Unii Europejskiej. Zdobył on ponad 46% głosów, a zwycięzca niespełna 54%.

Nie dziwi więc, że tzw. proeuropejczycy jak szef Rady Europejskiej Donald Tusk, przewodniczący Parlamentu Europejskiego Martin Schulz oraz inni politycy cieszyli się, a jak ujął to wicekanclerz Niemiec Sigmar Gabriel „całej Europie kamień spadł z serca”. Dobre nastroje natychmiast popsuła informacja o przegranym referendum we Włoszech, które rozpisał premier Matteo Renzi. Pozornie chodziło o rzecz zgoła techniczną. Renzi reformując kraj chciał zmienić konstytucję i jednocześnie wzmocnić swój mandat do rządzenia. Zamierzał między innymi zredukować liczbę, jak sam twierdził, „foteli w polityce”. Był tak pewny siebie, że zapowiedział odejście z urzędu w wypadku przegranej. Przed referendum konstytucyjnym pysznił się swoją przebiegłością retorycznie pytając: „Jaki Włoch zagłosuje przeciwko zabraniu pieniędzy politykom?” Szybko jednak został znokautowany przez opozycję. Rosnący w siłę Ruch Pięciu Gwiazd założony przez komika Beppe Grillo, Liga Północna z Matteo Salvinim na czele oraz Forza Italia Silvio Berlusconiego nawoływali do głosowania na „nie”. Głosowanie to traktowali jako sprzeciw wobec polityki Unii Europejskiej i podejmowaniu decyzji w wąskim gronie na salonach. Ruch Pięciu Gwiazd, którego kandydatka wcześniej wygrała wybory w Rzymie i została burmistrzem tego miasta, od dawna opowiada się za wyjściem Włoch ze strefy euro, a wspomniana Liga Północna od lat należy do najbardziej eurosceptycznych ugrupowań w Parlamencie Europejskim.

Wielu komentatorów uważa, że porażka Renziego, który podał się do dymisji, może okazać się katastrofą dla Europy. Wydarzenie to łączone jest z odejściem premiera Davida Camerona po referendum w sprawie Brexitu, wgraną Donalda Trumpa w USA oraz sukcesami Alternatywy dla Niemiec w wyborach regionalnych w Niemczech oraz partii Marine Le Pen w wyborach lokalnych we Francji. Okazuje się, że duża część obywateli odwraca się od Unii Europejskiej, mając poczucie, że jest oszukiwana i że ich głos coraz mniej się liczy. Sądzę, że początek tego poważnego kryzysu rozpoczął się w 2005 roku, gdy obywatele Francji i Holandii wypowiedzieli się w referendum przeciwko eurokonstytucji. Ich głos został zlekceważony i złamano wcześniej przyjęte zasady, że w wyniku sprzeciwu choćby jednego państwa dokument trafi do kosza. Unijni decydenci niebawem przedstawili ten sam dokument w nieco zmienionej formie, nazwany Traktatem Lizbońskim, który został notabene odrzucony w referendum w Irlandii. Kraj ten przymuszono jednak do ponownego głosowania.
To ugruntowało poczucie niesprawiedliwości i kastowości unijnego establishmentu. Odpowiedzią jest bunt nazywany obecnie populizmem. Wynika on z tego, że unijni przywódcy przestali wsłuchiwać się w głos obywateli, koncentrując się na własnych pomysłach i planach nierzadko oderwanych od rzeczywistości.

Niedawno w jednym z wywiadów papież Franciszek, wspominając założycieli Unii Europejskiej, takich jak Schuman, De Gasperi i Adenauer, stwierdził: „Dzisiaj brakuje przywódców. Europa potrzebuje liderów, liderów idących naprzód”. Można zatem dodać liderów, którzy nie boją się ludzi i przywódców, którzy nie lękają się referendów i wyborów.

prof. Mirosław Piotrowski, europoseł