W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej informacji o wykorzystaniu plików cookies znajdą Państwo na stronie z regulaminem. zamknij

Po wyborach

22 stycznia 2017

Pierwszą tegoroczną sesję Parlamentu Europejskiego tu w Strasburgu zdominowały wybory, wybory personalne. Wybraliśmy nowego przewodniczącego naszej Izby, czternastu wiceprzewodniczących i pięciu kwestorów. Procedura ta przeprowadzana jest dwa razy w ciągu pięcioletniej kadencji Parlamentu - na początku i w połowie kadencji. Dotychczas wybory takie nie budziły większych emocji ze względu na od dawna zawarty układ między dwiema największymi grupami politycznymi - chadekami i socjalistami. Po raz pierwszy od kilkudziesięciu lat te dwie formacje się pokłóciły i wystawiły odrębnych kandydatów, a to znaczy, że po raz pierwszy odbyły się normalne demokratyczne wybory. W ostatniej turze głosowania naprzeciw siebie stanęło dwóch Włochów - chadek Antonio Tajani i socjalista Gianni Pittella. Faworytem był ten pierwszy, gdyż kandydat liberałów Guy Verhofstadt zrezygnował z wystawiania własnej kandydatury, a jego grupa poparła Tajaniego. Jednakże suma głosów tych dwóch ugrupowań nie zapewniała Tajaniemu stanowiska szefa Parlamentu. Musiał on, jak i socjalista Pittella, zabiegać o głosy innych posłów i nagle okazało się, że głos każdego posła jest ważny i warty pozyskania bez względu na polityczną opcję. Obaj starali się zdobyć głosy zarówno skrajnej lewicy, jak i tzw. populistów, posłów Ruchu Pięciu Gwiazd nie wyłączając.

Wygrał Tajani dzięki poparciu wielu europosłów z naszej grupy Europejskich Konserwatystów i Reformatorów, którzy do końca zmagali się z poważnym dylematem. Przed głosowaniem ujawniono bowiem porozumienie między Europejską Partią Ludową, czyli chadekami, i liberałami Guy Verhofstadta, które to porozumienie zaczynało się od słów: „Europa jest w kryzysie. Nacjonaliści i populiści wszelkiego rodzaju próbują niszczyć Unię od wewnątrz i z zewnątrz. Potrzebna jest koalicja proeuropejska, aby powstrzymać te próby”. Dalej mowa była o pogłębianiu integracji i o wprowadzeniu nowego mechanizmu kontroli praworządności w państwach Unii, w domyśle Polski. Z dokumentu wynikało, że głosowanie na kandydata chadeków wiąże się z poparciem szerzej zakrojonych działań grup politycznych, którym dotychczas konserwatyści byli zdecydowanie przeciwni.
Głosy ich jednak były niezwykle cenne, stąd też niemalże przymuszono Tajaniego do wydania oświadczenia, w którym tonował nastroje i nieco dystansował się od tego dokumentu.

Obaj kandydaci podkreślali, że ich celem nie jest jak dotychczas kreowanie własnej polityki, wręcz bycie premierem, ale sprawne administrowanie, prowadzenie obrad i reprezentowanie na równi wszystkich europosłów i grup politycznych. To wyraźnie nowy akcent godny odnotowania. Obaj główni kandydaci, ale także czworo innych, dystansowali się, więcej, de facto krytykowali sposób sprawowania tej funkcji przez poprzedników, przede wszystkim ustępującego socjalistę Martina Schulza, który sprawował tę funkcję dwie kadencje, a przed nim Jerzego Buzka. Przypomnę, że to właśnie Jerzy Buzek siedem i pół roku temu jako pierwszy sformułował i przedstawił swój własny program działalności jako szef Parlamentu Europejskiego, co absolutnie nie wynikało z regulaminu naszej Izby. Wówczas osobiście zwracałem mu na to uwagę, wskazując, że jego następcy będą precedens ten wykorzystywać. Tak się też stało. Kolejny przewodniczący Martin Schulz ze stanowiska tego próbował uczynić niemalże urząd premiera. Teraz, jak widać, już niemal wszyscy taki styl dezawuują, łącznie z nowo wybranym przewodniczącym Parlamentu Europejskiego Antonio Tajanim. W naszym Parlamencie udało się stworzyć wrażenie, że nowy przewodniczący to nowe rozdanie, nowy styl i, co najważniejsze, zerwanie z wcześniejszymi niejawnymi umowami. Niektórzy zwracają jednak uwagę, że największym zwycięzcą całej tej roszady może okazać się szef liberałów Guy Verhofstadt, który w porę zrezygnował i już na samym początku poparł zwycięzcę, dzięki czemu znów nie tylko wzmocnił swoją pozycję, ale zapewnił liberałom nadreprezentatywność w wielu gremiach. Liberałowie choć są mniejszą grupą od konserwatystów otrzymali na przykład dwóch wiceprzewodniczących Parlamentu, a nasza grupa tylko jednego. Czyżby więc znów należałoby przywołać starą zasadę, że wiele musi się zmienić, aby wszystko zostało po staremu?

prof. Mirosław Piotrowski, europoseł