W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej informacji o wykorzystaniu plików cookies znajdą Państwo na stronie z regulaminem. zamknij

Francuski galimatias

30 kwietnia 2017

Unijni politycy odetchnęli z ulgą. Nawet wyraźnie się rozluźnili. Pierwszą turę wyborów prezydenckich we Francji wygrał Emmanuel Macron i ma on realne szanse, aby za tydzień zostać prezydentem Francji. Do drugiej tury przeszła także Marine Le Pen, francuska europosłanka, liderka Frontu Narodowego. Jednak największym wstrząsem dla politycznych elit nie tylko we Francji było to, że już w pierwszej turze odpadli kandydaci wszystkich formacji establishmentowych, także tych największych - republikanów i socjalistów. Urzędujący prezydent Francji, socjalista François Hollande, już wcześniej zrezygnował ze startu ze względu na bardzo niskie poparcie.

Błędna polityka Unii Europejskiej, szczególnie w kwestiach migracji, wzmocniła pozycję Marine Le Pen. Obawiano się więc, że to ona zwycięży w pierwszej turze. Obawy te się spotęgowały, gdy spadać zaczęły notowania prawicowego kandydata François Fillona. Wówczas - dla niektórych - jak królik z kapelusza wyskoczył młody, rzekomo antyestablishmentowy Emmanuel Macron, który dopiero przed rokiem założył własną formację polityczną „En Marche”, czyli „Naprzód”. 
W swojej kampanii, w przeciwieństwie do Le Pen, nie stawiał na destrukcję Unii Europejskiej, co więcej (opowiedział się za Europą dwóch prędkości) i wzmocnieniem współpracy Francja-Niemcy w ramach Wspólnoty. To sprawiło, że niemal wszyscy prounijni politycy i urzędnicy ulokowali w nim swoje nadzieje. Do tego stopnia, że zerwali z zasadą politycznej wstrzemięźliwości i neutralności. Większość z nich po drugiej turze pospieszyła z oficjalnymi gratulacjami dla Macrona, a nawet życzyła mu zwycięstwa w drugiej turze. Poparcia Macronowi udzielił szef Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker, twierdząc, że reprezentuje on to, co sanowi istotę Unii. Szefowa unijnej dyplomacji, Federica Mogherini, entuzjastycznie oświadczyła, że „wynik Emmanuela Macrona pokazuje nadzieję i przyszłość naszego pokolenia”. Cieszyła się, że odniósł on sukces. Jeszcze przed pierwszą turą wsparcia Macronowi udzielił szef Rady Europejskiej Donald Tusk, ale jego wypowiedzi nie przebiły się w mediach. Odnotowano za to poparcie kanclerz Angeli Merkel, ministra spraw zagranicznych Niemiec Sigmara Gabriela, premiera Belgii i innych.

Ta ogromna euroeuforia przyćmiła informację, że tak naprawdę Emmanuel Macron nie jest politycznym nowicjuszem. To były członek partii socjalistycznej, który określa się jako maoista. Jeszcze rok temu był ministrem gospodarki w socjalistycznym rządzie Manuela Vallsa, Wcześniej był wysokim urzędnikiem w gabinecie obecnego prezydenta Francji François Hollande’a. Przed laty pracował także w banku Rotschilda, gdzie zarządzał miliardami. Przypominając przeszłość Macrona niektórzy podejrzewają, że został on wyznaczony i wsparty przez tzw. siły globalistyczne, chcące zahamować zalew populizmu.

Tego typu polityczne manewry można obserwować także w innych krajach, m.in. w Polsce. Francja jednak jest krajem kluczowym, strategicznym. Od dłuższego czasu w Brukseli panuje opinia, że zwycięstwo Marine Le Pen równałoby się rozpisaniu referendum w sprawie Frexitu, czyli wyjścia Francji z Unii Europejskiej, co doprowadziłoby do całkowitego rozmontowania tej organizacji. Stąd takie emocje i taki francuski galimatias. Obawy są ogromne. Francja przedstawiana jest jako trzeci etap po referendum w Wielkiej Brytanii w sprawie Brexitu i wyborach prezydenckich w Stanach Zjednoczonych. Czy syndrom amerykańsko-brytyjski dotknie Francję?
Dla większości wynik pierwszej tury wyborów oznacza negatywną odpowiedź na to pytanie. Według sondaży Marine Le Pen może uzyskać od 35 do 40% głosów, co oznacza, że Macron wygra w cuglach. Zwolennicy Le Pen wskazują jednak, że mało kto spodziewał się zwycięstwa Trumpa w USA i Brexitu w Wielkiej Brytanii. A jednak tak się stało.

Przed ponad dwudziestu laty powstał zabawny nomen omen amerykańsko-brytyjski film pt. „Francuski pocałunek” z Meg Ryan w roli głównej. Główna bohaterka choć obawiała się latać samolotem, przyleciała do Francji i co więcej, została tam na stałe. No cóż, ale życie to nie film. Choć z drugiej strony, gdyby wbrew przewidywaniom większości prezydentem Francji została jednak Marine Le Pen, to bez wątpienia zaserwowałaby Unii Europejskiej prawdziwy francuski pocałunek.

prof. Mirosław Piotrowski, europoseł